Ta strona używa cookie. Informacje o tym w jakich celach pliki cookie są używane znajdziesz w Polityce Prywatności. W przeglądarce internetowej możesz określić warunki przechowywania i dostępu do cookies. Korzystając ze strony wyrażasz zgodę na używanie cookie, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki. zamknij

Wisłok – rzeszowska rzeka

Po rzece pełnej gwaru kąpiącej się młodzieży, z plażowiczami na łagodnych zielonych, czasem piaszczystych brzegach, zostały tylko wspomnienia, parę tekstów literackich i prasowych, kilka piosenek i zdjęcia w domowych albumach. Płynie jeszcze niezbyt czysty, choć już trochę mniej zanieczyszczony niż jeszcze przed kilku laty nurt, nad brzegami którego osiedlają się liczne ptaki, a nawet bobry zakładają tu swoje żeremie. Nie ma już lessowych skarp w których gnieździły się jaskółki brzegówki i inne drobne ptaki, a na skarpach lessowych wąwozów Lisiej Góry podobno znowu zaczęły pojawiać się pierwsze lisy.

Po rzece od 1962 roku nie pływają już krypy piaskarzy, którzy czerpakami z dna rzeki, lub licznych piaszczystych isp wydobywali piasek i potrzymawszy pełny czerpak na zewnątrz krypy by woda obciekła wsypywali odsączony piasek do wnętrza, by go później przeładować na furmankę, która zawiezie go na kolejną budowę. Dzielnicą piaskarzy były Rudki, gdzie ich wielu mieszkało. Musimy sobie zdać sprawę, że to właśnie piasek z Wisłoka stał się podstawowym budulcem naszego miasta, a później Centralnego Okręgu Przemysłowego. Po wydaniu zakazu wydobywania piasku z dna rzeki, do dzisiaj piaskarze i firmy handlujące kruszywem wykopują go z dawnych koryt wędrującej rzeki. Kiedyś koryta te przebiegały zupełnie inaczej, dawny nurt płynął kiedyś dzisiejszą ulicą Dąbrowskiego, po kolejnych wylewach płynął sobie dzisiejszymi ulicami Staszica, później wybrał Hetmańską, swoje wody toczył po Lenartowicza, Bulwarowej i dopiero pod koniec XIX wieku, kiedy Austriacy wytyczając ulice w mieście uregulowali bieg rzeki. Także w centrum miasta, na ulicy Słowackiego biegł kiedyś w wieku XVIII nurt rzeki, na jego dawnym brzegu stoją zabudowania I Liceum Ogólnokształcącego. Na skraju dawnym dna Wisłoka wybudowano dwa „wieżowce”, jak je wówczas nazywano. Jeden z nich ,który znacznie się od pionu odchylił rzeszowianie nazwali „krzywym”. W czasie trwania tej budowy w wielu miejscach odnaleziono wiele czarnych dębów. Nazwę swą wzięły od koloru, jaki uzyskało drewno leżąc przez tysiące lat pod wodą bez dostępu powietrza. Wiele takich, nawet kilkusetletnich okazów znajdowano na dnie rzeki. Jeden z nich głęboko tkwiący na środku nurtu był ulubionym miejscem wędkarzy, gdyż stojący z wędką na jego ogromnym pniu miał szansę na złapanie „taakiej ryby” i podobno, jak to często w opowieściach wędkarskich bywa, takie przypadki miały miejsce. Do dzisiaj nad brzegiem rzeki stoją wędkarze, którzy moczą kije w „pewnych miejscach”, gdzie ryba na pewno bierze i skąd jest najsmaczniejsza.

Wisłok nazwę swą wiedzie aż z języka praindoeuropejskiego wyrazu veis oznaczającego coś ciekłego, płynącego. Z tego źródłosłowu pochodzi nazwa Wisły , Wisełki i Wisłoki.
Do lat trzydziestych obecnego wieku Wisłok był rzeką spławną. Płynęły tędy szkuty z drewnem od Strzyżowa, a wcześniej okoliczna szlachta wyhodowane przez siebie zboża spławiała szkutami przez Wisłok, San, Wisłę aż do Gdańska.

Najważniejszym elementem na naszej rzece były przeprawy, początkowo nieliczne brody, później mosty i przeprawy promowe. Tych promów było kilka. Ostatni z nich na Podpromiu będący od pokoleń w rodzinie Nitków zwanych w Rzeszowie „Admirałami” został zlikwidowany już w latach osiemdziesiątych. Do końca napędzany przez ostatniego z rzeszowskich Admirałów Stanisława Nitkę służył już tylko do celów spacerowych.

Na wygląd rzeki w mieście, jej nurt i funkcje ogromny wpływ miała budowa zapory na Wisłoku. Owa zapora przyjęta przez Rzeszowian z entuzjazmem okazała się bublem budowlanym, rekreacyjnym i sportowym. A Wisłok wie swoje i robi swoje. Jak od wieków płynie obok, a teraz już przez Rzeszów przynosząc z gór co mu w nurty wpadnie. Wierzę mocno , że i z zalewem postąpi po swojemu.

Marek Czarnota