Ta strona używa cookie. Informacje o tym w jakich celach pliki cookie są używane znajdziesz w Polityce Prywatności. W przeglądarce internetowej możesz określić warunki przechowywania i dostępu do cookies. Korzystając ze strony wyrażasz zgodę na używanie cookie, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki. zamknij

Rzeszowskie targowiska. Wspomnienie nostalgiczno-handlowe

Duże super, czy hipermarkety z ogromną ilością różnorodnych stoisk nie są wynalazkiem ostatnich lat. Dawniej rolę taką pełniły targowiska, jarmarki i place na których handlowano różnym asortymentem towaru. Rynek, ten koło ratusza był i jest centrum życia miasta, także jako centrum handlowe. Zastawiony był on kramami kupców, na których wyłożono różnego rodzaju towary, przywożone nawet z odległych stron, z Krymu, Azji, Rosji, czy Kijowa. Od niepamiętnych czasów Rzeszów był znaczącym centrum handlu końmi. Spotykali się tu handlarze, kupcy i odbiorcy z terenów dawnej Polski i krajów ościennych. Najsłynniejszy, kilkudniowy jarmark, był na święty Wojciech. Wówczas miasto dosłownie wrzało handlem, senne zazwyczaj miasteczko było niebywale poruszone. Karczmy, zajazdy i hotele były przepełnione. Przybysze wynajmowali kwatery nie tylko dla siebie, ale i różne komórki, obórki dla zwierząt lub dla przechowania towarów. W Rzeszowie we wtorek był targ, czyli nie handlowano zwierzętami, a w piątek jarmark, tu wzrastał asortyment towarów nie tylko o zwierzęta, ale i o naczynia, odzież, obuwie i narzędzia rolnicze i wiele, wiele innych. Kiedyś na środku rynku stała waga, do kontroli przywożonego do miasta towaru. Na wierzy ratuszowej był zawieszony dzwon, który dawał sygnał rozpoczęcia i zakończenia transakcji. W domach, a potem w kamienicach na parterze znajdowały się sklepy i rzemieślnicze warsztaty usługowe, a w piwnicach magazyny i składy towarów.

Plac Solny

Najprawdopodobniej plac solny znajdował się poza miastem i najpewniej na terenie Staromieścia. Dzisiaj nie możemy określić jego położenia. Wyprowadzenie hurtowego handlu solą poza miasto spowodowane było wielkością wozów jakimi po Europie wożono tę przyprawę. A że prawdopodobnie działo się to na Staromieściu odkrył Franciszek Kotula, jako że mieszkanki tej podrzeszowskiej wsi nosiły gorsety z brokatu bawełnianego, tańszego od jedwabnego produkowanego na Krymie gdzie wożący sól ze Staromieścia docierali.

Świński targ

Jednym z najdawniejszych placów targowych w Rzeszowie był świński targ na placu nazwanym później Cyganówką, gdzie wędrujący Cyganie rozbijali swoje obozowiska. Obecnie jest to Plac Kilińskiego, dawniej był znacznie większy, ale na jego części wybudowano istniejące do dzisiaj koszary noszące imię bohaterskiego, warszawskiego szewca. Plac ten znany był w Rzeszowie z największego błota. od dawna, właściwie od powstania Nowego Miasta z Rynkiem na Placu Wolności utworzony został w Rzeszowie, głównie dla potrzeb mieszkających tu Żydów Ribewetarg, czyli Targ Rybny. Mieścił się on na skraju Dziadowskiego Ogrodu, u zbiegu ulic Kreczmera, Bluma i Mickiewicza, w miejscu dzisiejszego placu przed pomnikiem Mickiewicza. Handlowano przede wszystkim rybami, a że dla Żydów koszerna, czyli zgodna z przepisami religijnymi jest ryba, która pływa, więc w pojemnikach, baliach i beczkach pluskały się ryby, którym wody dolewano co jakiś czas ze studni znajdującej się na skraju placu. Ażeby ryby były po dużych połowach w dobrej kondycji przechowywano je na dnie Młynówki, w drewnianych skrzyniach zakotwiczonych w dnie rzeki, przez które woda swobodnie przepływała. Pilnował ich specjalny stróż. Największy ruch na Ribewetarg był w piątki rano, jako że katolicy pościli w tym dniu jedząc na obiad rybę, a wieczorem zaczynał się żydowski szabas. Sprzedawca wyjmował żywą i żywotną rybę, były to najczęściej karpie, liny, szczupaki, a także żydowski przysmak leszcze i na oczach kupujących na żywca dzielił ją pomiędzy klientów, jako że nawet kawałek ryby na stole biedaka był przysmakiem i tradycyjnym uczczeniem świątecznego dania.

Plac Garncarski

Stałe miejsce także na mapie Rzeszowa mieli handlujący szklenizną, czyli wyrobami garncarskimi. Także i plac nazwano placem Garncarskim i znajdował się on u zbiegu ulic Wierzynka, Króla Kazimierza, Bluma, Szpitalnej, i Berka Joselewicza. Do wybuchu wojny w 1939 roku przybywali tu kupcy z Medyni Głogowskiej, Medyni Łańcuckiej, Sokołowa i innych garncarskich ośrodków. W czasie okupacji Niemcy wysypali plac tartą cegłą, przywałowali i wyglądał on jak kort tenisowy. Po utworzeniu getta plac Garncarski znalazł się wewnątrz getta.
Przeniesiono go na ten okres na teren placu targowego. Także po wojnie na krótko powrócił na swoje miejsce, by znowu znaleźć się na głównym placu targowym, skąd przeniesiono go na targowisko przy Orzeszkowej , by po jakimś czasie wrócił na główny plac targowy. Obecnie ta przebogata tradycja garncarska jest w zaniku, czasem tylko, choć nie zawsze można jeszcze spotkać kobiety sprzedające gliniane doniczki różnej wielkości i zdobienia..

Rynek Nowego Miasta

Po utworzeniu obok Rzeszowa tak zwanego Nowego Miasta, zmieniła się infrastruktura miejska, zmieniły się drogi i place w tym także targowe. Rynek Nowego Miasta to dzisiejszy Plac Wolności, Neues Ring jak go nazwali galicyjsce Austrijacy, po odzyskaniu przez Polskę niepodległości nazwano go Placem Wolności, potem dodano mu imię .Marszałka Piłsudskiego – tak nazywał się przed samą II Wojną Światową, podczas okupacji hitlerowskiej nazywał się Adolf Hitlerplatz, a po wojnie otrzymał jedno z najgodniejszych imion świata imię Józefa Wisarionowicza Stalina, a gdy Stalin wyszedł z mody plac powrócił do swej pierwotnej nazwy Plac Wolności i niech tak już zostanie. Zmieniło się położenie głównej drogi w kierunku Łańcuta, Przemyśla i Lwowa. Dotychczas główny trakt prowadził z Rynku dzisiejszą ulicą Mickiewicza, główną aleją nieistniejącego wówczas cmentarza i przez most, lub prom na wschodni brzeg rzeki. Po utworzeniu Nowego Miasta, trakt na wschód biegł podobnie jak dzisiaj, a ulica nazywała się Lwowska. Był to główny szlak handlowy ze wschodu na zachód. W domach wokół placu umieszczono różnego rodzaju restauracje, gospody i knajpy, pod koniec XIX wieku zlokalizowano tu hotel Krakowski z restauracją i kawiarnią. Teren targowiska był podzielony na sektory branżowe. W jednym miejscu była odzież, obok buty, dalej wyroby ze skóry, gdzie indziej zwierzęta – ale tylko do końca XIX wieku, kawałek dalej drobne wyroby drewniane, graty, czyli meble, dalej kożuchy i żywność. Taki układ miał nie tylko znaczenie porządkowe, ale przedewszystkim zabezpieczenie higienicznego handlu żywnością. Opłaty targowe w imieniu magistratu zbierał specjalny urzędnik. Bardzo intratnym zajęciem była sprzątanie placu, dzierżawione od miasta. Zebrany nawóz firma sprzątająca odsprzedawała rzeszowskim ogrodnikom z dużym zyskiem. Targi i jarmarki, to nie tylko biznes i handel, to także największa w okolicy regularna wymiana informacji i wiadomości bieżących. Przyjeżdżali tu między innymi szewcy z Głogowa i Sokołowa, przybywali także sokołowscy stolarze, Z Rakszawy przywożono tu sukno, beczki i meble, z Kańczugi i Tyczyna, kożuchy i wyroby futrzarskie, a najpiękniejsze zabawki sprzedawali rzemieślnicy z Brzózy Królewskiej i Rakszawy. 

Rzeszowskie place targowe

W świadomości rzeszowian zacierają się powoli place targowe na Różance, Orzeszkowej, rynku, a utrwala się coraz bardziej wizja targowiska na hali. Bo na halę idzie się po wszystko. Targowisko to powstało nad Wisłokiem na terenie posesji Karaińskich pomiędzy starym cmentarzem Na Krzyżykach a ulicami Zbyszewskiego i Rzeźniczą, jako że od strony Wisłoka wybudowano rzeźnię miejską, elektrownię i gazownię. Dojeżdżając do targowiska od strony Nowego Miasta, początek placu zajmowała duża waga platformowa. Na niej można było ważyć towary razem z konnymi wozami, na których były przywożone. W miejscu dawnej wagi stoi obecnie hala targowa.

W soboty cały teren targowicy podzielony był na sektory, na których handlowano na przykład prosiętami, świniami, bydłem i końmi. Rzeszowskie targi końskie były znane w całej Galicji i daleko poza jej granicami. Konie, zwierzęta mocne, silne i mające różne charaktery, na placu były specjalnie znakowane, żeby można było odróżnić zwierzę, które przyciągnęło na targ wóz ze swoimi gospodarzami, od przeznaczonego na handel. Koń z zawiązanym na supeł ogonem przeznaczony był na sprzedaż. Ponieważ bywały także konie złośliwe, a na targowisku dochodził jeszcze stres spowodowany całym gwarnym i krzykliwym otoczeniem, zwierzęta te próbowały – zwłaszcza przechodzących obok – kopnąć lub ugryźć. Jako ostrzeżenie i swego rodzaju zabezpieczenie się przed ewentualnymi pretensjami poszkodowanych przywiązywano takim zwierzętom do kantara mały wiecheć słomy.
Po drugiej wojnie światowej targowicę przeniesiono na Zalesie.

Ciuchy

Po okresie modernizacji placu targowego i budowie hali zielony rynek z kramami, stoiskami i przekupkami przeniesiony został z powrotem na plac przy obecnej ulicy Targowej. Po wojnie w latach pięćdziesiątych i sześćdziesiątych rzeszowskie „ciuchy” były jednymi z najbardziej znanych w Polsce. Wśród znawców i bywalców nazywane były „szaberplatzem”, od sprzedawanych tam przywożonych z ziem zachodnich różnych wyszabrowanych towarów, lub „giełdą”, wokół której wytworzyły się specyficzne obyczaje i mody handlowe. Przedstawiciele wolnych zawodów, urzędniczki z licznych ówczesnych urzędów i instytucji „wyskakiwały na ciuchy”, a pytania „Byłaś na ciuchach” i „Co na ciuchach” należały do kanonu rzeszowskiego eleganckiego stylu bycia. Na rogatkach miasta, obok dworców i przystanków autobusowych, krążyli handlarze, którzy czatowali na babiny taszczące do miasta paczki z „Hamaryki", by je okpić i kupić towar okazyjnie, znacznie taniej, czyli z pierwszej ręki.

Kolejnym elementem kultury rzeszowskich „ciuchów” było targowanie się „do upadłego”, trzymając towar w ręku. Pokazywano i szeroko demonstrowano potencjalnym konkurentom do nabycia jakiegoś ciuchowego hitu wszystkie przetarcia na kołnierzu, prześwity na łokciach, wypchane kolana i stopień sprania. Ta sama osoba, prezentując już poza giełdą tę samą rzecz znajomej, podkreślała znakomity stan zachowania, poziom elegancji i niski koszt nabycia. W zamian nabywczyni otrzymywała zapewnienie: „bardzo twarzowe, ślicznie w tym wyglądasz”. Obok wszystkich asortymentów damskich strojów bardzo poszukiwane były garnitury męskie i farmerki – dzisiaj dżinsy.

Typy i typki

Po placu w dni targowe i powszednie krążył sprzedawca owocowego „sikacza” własnej produkcji reklamujący swój wyrób hasłem: „Tylko ludzie kulturowe piją wino owocowe”. Rudy Benek, zwany także pieszczotliwie pan Benio, sprzedawał pod murem elektrowni różnego rodzaju odpady z WSK, zużyte tarcze szlifierskie i tępe wiertła.

Handlował także elektryką, czyli zepsutymi urządzeniami elektrycznymi, piłkami do metalu i tym podobnym towarem. Pan Benek pilnował towaru, żeby nikt niczego nie ukradł, przepędzając młodych adeptów techniki będących waśnie na labie wierszykiem: „Tu się handluje, tu się kupuje, odejdź gówniarzu, bo cię opluję”.

Towar swój przywoził na przedwojennym wózku dziecięcym, znacznie pogłębionym i z kołami na łożyskach do Messerschmitta, podobno wyszabrowanymi z Flugmotorenwerke, czyli wojennej WSK.

Innym biznesmenem od starzyzny był Tito Kapuśniok. Handlował wszystkim. Można było kupić u niego po jednym bucie od pary, części zamienne do rowerów i nie wiadomo do czego, stare krany, kurki, klucze, rurki, kawałki osełek i kamieni szlifierskich.
Trafiała się także popękana szamotka ze spiralą, zepsute zamki, kłódki bez kluczy i inne podobne cymelia. Kapuśniok był bardzo gruby, a ponieważ ubierał się w to, co udało mu się gdzieś dostać lub znaleźć, nieodłącznym elementem jego stroju był sznurek, najlepiej szpagat, którym opasywał się jak paskiem i podtrzymywał spodnie. Kulejący inwalida podpierający się laską na małym stoliku ustawiał oszkloną gablotkę. w niej artystycznie poukładane były odciski, które odpadły od stóp osób stosujących „Radion”, wspaniały środek na „nadgniotki” polecany przez tegoż handlowca. Swój towar reklamował wierszykami wygłaszanymi mniej lub bardziej chrapliwie i bełkotliwie w zależności od „spożycia”. W dni targowe ustawiali także swoje warsztaty druciarze drutujący, czyli wzmacniający pęknięte garnki gliniane, i szlifierze ostrzący noże, nożyczki i wszelkie ostrza, a także lutujący dziurawe garnki.

Mietlarze wystawiali swoje miotły brzozowe lub wierzbowe, byli handlujący wyrobami z drewna, koszykarze wyplatający kosze. Gospodynie wiejskie handlujące jajkami, nabiałem i mlekiem odmierzanym żelaznym garnuszkiem półlitrowym i wlewanym do baniek i słoików klientek przychodziły do miasta z wielkimi tobołami na plecach. Konstrukcja takiego tobołu, zwanego przez mieszczan spadochronem, była bardzo prosta. Składał się nań koszyk z towarem umocowany na plecach i owinięty w prześcieradło, koniecznie białe, i zawiązane z przodu na supeł. Ten środek transportu niewielkiej ilości towaru był poręczny i w miarę lekki. Nad całością pieczę mieli funkcjonariusze Milicji Obywatelskiej i poborcy placowego.

Zmiany polityczne, i ekonomiczne po wyborach w 1989 roku spowodowały, że zmieniły się warunki i sposób gospodarowania. Z gospodarki nakazowo rozdzielczej przeszliśmy do gospodarczego dyktatu rynku. Najszybciej zmiany udało się dostrzec na placach targowych i na bazarach. Już od połowy lat osiemdziesiątych Polacy zaczęli odkrywać urok i możliwości gospodarki rynkowej. Wielu naszych rodaków jeździło za granicę w celach turystyczno-handlowych. Media wyśmiewały ludzi, którzy na Węgrzech stali na rogach ulic, chodzili po sklepach oferując ręczniki frote. W zniszczonym przez socjalizm ZSRR szło wszystko, co produkował przemysł lekki, od kosmetyków po bluzeczki, bieliznę, a na wymarzonych przez młodych komsomolców Levisach, Lee, czy Wranglerach kończąc. Z za wschodniej granicy najbardziej opłacało się przywozić złoto, najlepiej pierścionki, obrączki, łańcuszki i kolczyki. Na inny złoty asortyment trzeba było poszukiwać amatora.

Konkurencja Jubillera działała przy ścianie hali targowej od strony ulicy Targowej. Na każdym z palców po kilka ofert błyskających kolorowo rubinami, diamentami czyli szklanymi wytworami radzieckich hut szkła. Na „dekturkach” z pudełka od butów nawinięte były łańcuszki i wpięte kolczyki. Handlujące damy reklamowały półgłosem swój towar, gwarantując że deklarowana ilość karatów zgadza się z rzeczywistością i że piękniejszej biżuterii to w świecie, no może nie na całym świecie, ale na pewno w okolicy nie ma. A gdy po dokonaniu zakupu po kilku dniach przychodził klient z wyrazami i to wcale nie sympatii z powodu stwierdzenia w szczerozłotym pierścionku tombaku bazarowa jubilerka zaklinała się, że tą osobę widzi pierwszy raz w życiu, a Fałszywe złoto ta pani może i kupiła ale na pewno nie u niej. Z Niemiec przywożono wszystko, co w Polsce udawało się sprzedać, podobny import nadchodził i z innych krajów bardziej lub mniej ościennych.

Po wprowadzeniu w Polsce wymienność dolara, zza wschodniej granicy zaczęli przyjeżdżać handlowcy, specjaliści od techniki i wyższej technologii. W Rzeszowie powstały „Ruskie targi” na których swój towar przywożony w ogromnych sizalowych torbach rozkładali na czym się dało. Pierwszy taki „Ruski Targ” zwany w Rzeszowie także „placem Balcerowicza” znajdował się na placu defilad pod pomnikiem Walk Rewolucyjnych obok Urzędu Wojewódzkiego. Nazwa placu, wzięta od nazwiska reformatora polskiej gospodarki, wicepremiera i ministra finansów, która w Rzeszowie utrwaliła się i pozostała. Plac targowy jeszcze dwukrotnie przenoszono i za każdym jego razem nazwa wędrowała za nim.

Koło Urzędu Wojewódzkiego handlowcy zaczęli przeszkadzać, więc przeniesiono bazar na parking nad Wisłok, koło WSK. Tam z całego miasta klienci szukający okazji, a także zwykli gapie i drobni oszuści. Towar porozkładany był na stołach, a także w stojących przy ogrodzeniu budkach i namiotach, leżał na składanych łóżkach, stolikach turystycznych i na gazecie, dając w wielu przypadkach początek sklepom, różnym bardziej, lub mniej jasnym biznesom i fortunom wielu rzeszowian. Tłok był nieprawdopodobny. Ciężko było się przeciskać przez rozgorączkowany, wypatrujący upragnionego towaru tłum. Amatorzy majsterkowania, różnego rodzaju złote rączki poszukiwali narzędzi, kluczy, pilników, tarcz szlifierskich, ale także skalpeli, zegarów i zegarków, a także innych, bardziej lub mniej tandetnych wyrobów tamtejszego przemysłu. Przed wejściem na plac spacerowali odziani w kilka karakułowych futer handlowcy, a także naganiacze oferujący towary bardziej lub mniej rozrywkowe, jak papierosy, wódkę, spirytus i ... panienki. Dużym powodzeniem cieszyły się radia i telewizory. To właśnie bazarowi handlowcy torowali drogę postępowi i kulturze. U chałupniczych producentów filmowych można było zamawiać, kupować, a czasem wymieniać światową produkcję filmową. Po włożeniu kasety VHS do magnetowidu na ekranie było niewiele widać, bo owo modne i popularne dzieło było wielokrotnie kopiowane z lichych kopii przy pomocy dwóch magnetowidów. Asortyment był ogromny, od kreskówek i bajek dla dzieci, filmów akcji i młodzieżowych na romansach, erotykach i ordynarnych pornosach kończąc. Tuż obok nich swoje oferty przedstawiali informatycy. Na magnetofonowych kasetach mieli nagrane programy do komputerów Atari. Jedni opisy tych programów mieli spisane długopisem na karteczkach, albo też mówili co na kasecie jest, ale większe i dbające o klienta firmy miały odbite na ksero koszulki do kaset, które robiły na kupujących wrażenie. Można było także na Placu Balcerowicza kupić i komputer Atari, monitor, stacje dysków, maszynę do szycia, pierwsze przywożone z Niemiec tajwańskie kuchnie mikrofalowe i wszelakie wyroby rodzimego przemysłu, których w handlu jeszcze uspołecznionym brakowało. Po kilku latach władze z troski o czystość wód Wisłoka i Zalewu podzieliły bazar z nad Wisłoka na dwie części według specjalności. Na ulicę Dołową przeniesiono Ruski Targ i wszystkich na nim handlujących, a Plac Balcerowicza przeniesiono na ulicę Moniuszki, gdzie ustawiono lady, kilka rzędów budowanych z segmentów kiosków, które uzupełniał handel „naręczny” czyli towar trzymany w rękach i „naziemny” czyli leżący na gazecie bezpośrednio na „matce ziemi”. Plac Balcerowicza zwany także pieszczotliwie Balcerkiem ze względu na położenie w centrum miasta cieszył się i cieszy dużą popularnością u kupujących. Podkreślano zwłaszcza niskie, ceny, dopatrując się znakomitej jakości i smaku towarów spożywczych, którymi handlowano. Bazar na placu swojego imienia w czasie pobytu w Rzeszowie odwiedził sam Leszek Balcerowicz i dokonał drobnych zakupów. Wielu Rzeszowian od lat dokonuje tu zakupów, choć asortyment towarów troszkę się zmienił, a handlujący tu Polacy i Ukraińcy towar biorą z okolicznych hurtowni, a ceny jakie wołają za swój towar czasem przekraczają ceny sklepowe.
Podobnie rzecz się ma na Ruskim Targu na Dołowej. Skończył się import zza wschodniej granicy, to raczej stamtąd przyjeżdżają mieszkańcy przygranicznych terenów na zakupy. Tylko co jakiś czas słychać wypowiadane szeptem przez stojącego samotnie osobnika „papirosy, spirt, wodka”.

Klimat, nastrój i typy ludzkie wspaniale pokazuje Tomasz Sienkiewicz, który z zespołem „Dwa balony i ten trzeci” śpiewa o piosenki „Pan Hrabia”, „Na Ruskim Targu”, „Biznesmen” i inne. Na targu na Dołowej porobiło się pusto i przestronnie, jedynie w soboty, gdy jest targ zwierzętami, sąsiedni plac zapełniają klatki, pudełka koszyki z królikami, psami, kotami, gołębiami i wszelkim hodowlanym asortymentem.

Zmienia się formuła i zasady handlowania na bazarach, takich jak opisane tu dwa rzeszowskie place. Jedynie na „Zielonym Rynku” koło hali przy ulicy Targowej jak i na wewnętrznych ryneczkach osiedlowych kwitnie jeszcze ten tradycyjny handel świeżutkimi jarzynami, jajkami z „gospodarstwa nie z fermy” mlekiem, śmietaną i serem „prosto od krowy”. Podobny zielony, choć nielegalny handelek uprawiają przeganiane przez policjantów i straż miejską gospodynie koło Domu Kultury kiedyś WSK. Pomimo przepędzania ich zawsze, regularnie swój towar oferują pod arkadami okolicznych bloków. Czasem okoliczni złoci młodzieńcy robią im psikusy, a kiedyś dawno temu wychodzący z Domu Kultury, członkowie różnych zespołów artystycznych kpili sobie z bogu ducha winnych kobiecin. Opowiadał mi nieżyjący już niestety poeta, kompozytor, satyryk, Andrzej Listwan jak to wychodząc po jakichś działaniach artystycznych i chyba nie wszyscy byli zupełnie trzeźwi (Listwan w ogóle nie pił alkoholu) podeszli do babiny handlującej jajkami. Jeden z nich znany rzeszowski reżyser i iluzjonista, zapytał po ile za sztukę. Otrzymał odpowiedź że tyle, a tyle groszy. Poproszę trzy. Zapłacił za zakupiony towar i od razu, na oczach zdumionej babiny rozbił pierwsze i wyjął z niego lekko pobrudzone białkiem sto złotych wytarł je i schował do kieszeni, podobnie zrobił z dweoma pozostałymi. W każdym jajku była stówa. „Biorę wszystkie” powiedział do zdumionej i przerażonej babiny. „Nie Panie, mom zamówione, nie sprzedom” i babina czmychnęła spod filarów czemprędzej. Po jakiś czasie przechodzącego nsprawcę i aranżera całej tej historyjki dobiegł babski jazgot i złorzeczenie. To niefortunna właścicielka niesprzedanych jajek głośno opowiadała jak to w domu potłukła kopę jaj, stówek w nich nie było, a jej stary wściekał się, bo przez tydzień musiał jeść jajecznicę, żeby się towar nie zmarnował i nie było większych starat. 

Marek Czarnota