Ta strona używa cookie. Informacje o tym w jakich celach pliki cookie są używane znajdziesz w Polityce Prywatności. W przeglądarce internetowej możesz określić warunki przechowywania i dostępu do cookies. Korzystając ze strony wyrażasz zgodę na używanie cookie, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki. zamknij

Rzeszowskie biznesy wczoraj i dziś

Ludziom interesu w Rzeszowie, a mówiąc współczesnym językiem biznesmenom wydaje się, że to oni wymyślili „robienie pieniędzy” w Rzeszowie, bo oni są pionierami i oni przecierają ścieżki. Prawda to, choć nie do końca. Przez cały czas PRL-u w naszym mieście istniało rzemiosło, niedoinwestowane, pozbawione możliwości zakupu maszyn, części zamiennych i surowców, prześladowane domiarami i szykanami administracyjnymi. Trwało jednak i „świadczyło usługi dla ludności”, no bo jaki byłby sens nie ludności cokolwiek świadczyć.

Także prywatny handel miał dobre notowania i opinię. Skoncentrowany był on na placu targowym, zwanym z galicyjska rynkiem, targowicą, lub szaberplacem. Tam asortyment oferowanych towarów przekraczał ofertę niejednego supermarketu. Najwięcej było jarzyn i owoców, które wyrastały na polskich grzędach i drzewach. Tutaj usłyszeć można było wspaniałe poematy reklamujące zalety oferowanego towaru. Między innymi wytwórca wina z porzeczek, malin i nie wiadomo jeszcze czego, głośno wykrzykiwał: ”tylko ludzie kulturowe, piją wino owocowe”, sprzedawano „amerykańskie aparata do wiązania krawata”, maść na odciski „Radix” i wiele innych rewelacyjnych, niezbędnych, czyli zupełnie zbytecznych przedmiotów. Sklepem marzeń dla dzieci i dorastających panienek była „Częstochowianka” państwa Mierzwów. A tam kusiły rewolwery na korki strzelające lub kapsle, pierścionki tombakowe lub blaszane z oczkami we wszystkich kolorach tęczy, lusterka z aktorkami, roznegliżowanymi panienkami i serduszkiem z miejscem na zdjęcie i napisem „Kochamcie”.

Ale zanim gospodarka nakazowo rozdzielcza umarła na uwiąd starczy, nasi kandydaci na biznesmenów od Ruskich przywozili złoto, od Bułgarów kożuchy i chałwę, z Niemiec czekoladę i wszystko, z Francji kosmetyki, i rozłożywszy towar na łóżkach turystycznych, stolikach składanych, lub na gazecie wprost na „matce ziemi”, uprawiali coś, co w „demoludach” nazywało się spekulacją, a w normalnych krajach, czyli nie socjalistycznych – handlem. Jedni, ci, którzy uwierzyli w przemiany po 1989 roku i patrzyli „długodystansowo” są dziśaj właścicielami poważnych film, sieci sklepów, punktów usługowych, fabryk i fabryczek. Inni, co chcieli szybko się „nachapać”, czyli wzbogacić, zakładają „enty” pewny interes, który przyniesie wymarzoną fortunę, spłacają roztrwonione kredyty, lub uciekają przed nielitościwym fiskusem i bankami.

Nie wymyślono nic nowego, tak było zawsze, jest i będzie.

Początki robienia interesów w Rzeszowie wiążą się z prawem składu towarów przywożonych przez kupców z zagranicy, a także z działalnością rzemieślników: szewców, garncarzy i złotników. Złotnicy rzeszowscy wyrabiali przedmioty zbytku, pierścionki, kolczyki, naczynia liturgiczne i tak posunęli się w doskonaleniu swej sztuki, że zaczęli produkować biżuterię z czegoś w rodzaju tombaku, który nazywano rzeszowskim złotem. Trudno więc się dziwić, że jubilerstwo w naszym mieście upadło całkowicie.

Prawdziwa koniunktura pojawiła się z chwilą ogłoszenia Rzeszowa – już w czasach galicyjskich – miastem powiatowym i ulokowania tu siedziby starostwa. Rozpoczęto budowę gmachów administracji rządowej i koszar dużego garnizonu wojskowego.

Cegielnia miejska produkująca rocznie niecałe pół miliona cegieł nie nadążała za potrzebami. Pierwszy dzierżawca deklarujący produkcję miliona cegieł na rok obietnicy nie wypełnił. A potrzeby latem 1890 roku wynosiły 9 milionów cegieł rocznie. W okolicy bliższej i dalszej cegłę wykupiono do Rzeszowa. Dopiero lwowski budowniczy Hipolit Śliwiński, dzierżawiąc miejską cegielnię, po jej modernizacji produkuje dwa miliony cegieł. Tenże Śliwiński sprowadził do Rzeszowa pierwszą maszynę do potrzeb produkcji. Urządzenia mechaniczne, a zwłaszcza maszyny parowe, lokomobile, silniki spalinowe Diesla, silniki elektryczne i inne urządzenia, bardzo powoli i to dopiero w dwudziestym wieku, pojawiły się w naszym mieście. Dnia 4 lipca 1903 roku, jak podaje pismo „Rzeszowianin” "... przed południem przejeżdżał przez nasze miasto ogromny samojazd z trzema oficerami, trzema służącymi i palaczem. Jest on własnością magazynu prowiantowego w Przemyślu, waży 11 tysięcy kg i odbył już wcale pokaźną drogę, bo jechał wprost z Wiener Neustadt. W Rzeszowie musiał zatrzymać się całą godzinę, bo wypadła jakaś śruba z hamulca, którą doprawiano w warsztacie ślusarskim Antoniego Barowicza."

Ponieważ obok biznesu właśnie motoryzacja jest drugim nałogiem Rzeszowian w ostatnich latach, więc i o niej słów kilka. W 1909 roku prasa domagała się, aby magistrat wydał rozporządzenia dotyczące poruszania się „automobilów” po mieście. Zarządzono, że na wąskich ulicach, a zwłaszcza koło wieży farnej i w dni targowe, szybkość pojazdu nie powinna przekraczać 6 (tak jest!) sześć kilometrów na godzinę. W tymże roku uruchomiono dwa połączenia automobilowe na trasie Rzeszów - Tyczyn - Błażowa i Rzeszów – Głogów. Szybko je jednak zlikwidowano, nie były zyskowne, czyli „nie było interesu”. Na te trasy powróciły fiakry (młodzieży wyjaśniam, że fiakier to dorożka). W dwa lata później uruchomiono także samochodowe połączenie pocztowe pomiędzy Rzeszowem i Sokołowem, a dla amatorów mocniejszych wrażeń w tymże samochodzie było kilka miejsc. A jeżeli o poczcie mowa, to w tymże roku było w Rzeszowie 161 abonentów telefonicznych!

Zostawmy jednak potentata gospodarczego jakim były wówczas poczta i telekomunikacja i zajmijmy się przemysłowcami, a dokładniej firmami z pogranicza manufaktury i rzemiosła.

W drugiej połowie XIX wieku na rogu ulic 3-go Maja i Farnej (obecnie Kościuszki), miał warsztat Marcin Borelowski mistrz blacharski, późniejszy pułkownik w powstaniu 1863 roku, o pseudonimie powstańczym „Lelewel”. Mistrz Marcin wykonywał roboty z blachy białej, żelaznej, mosiężnej, cynkowej, miedzianej, ołowianej, prace w zakresie obdasznic, rur i rynien. Wykonywał metalowe wyposażenie łazienek i łaźni, suszarni browarskich, a także urządzenia pomp ssących i tłoczących, zarówno lanych jak i z drewna. Uf! Dużo tego, ale biznes jest biznes, a asortyment świadczy o możliwościach firmy.

W tymże czasie Franciszek Eliasiewicz i Józef Fosiewicz prowadzą w Rzeszowie wytwórnię narzędzi rolniczych. Wytwarzano w niej młocarnie, sieczkarnie, śrutowniki i inne maszyny rolnicze.

Inżynier Józef Szajnok przejął rzeszowską filię lwowskiej fabryki „Perkun” Ferdynanda Pietscha. Zatrudniał około 60 robotników, miał biuro techniczne, odlewnię żelaza i metali kolorowych, kuźnię, kotlarnie, gdzie wyrabiał kotły parowe, a także zakład tokarski, ślusarnię i stolarnię. Także Salomon Zweig w swym zakładzie wykonywał urządzenia dla browarów, gorzelni, wodociągów, tartaków, młynów i tym podobnych „manufaktur”. Obok nich, potentatów istniały drobne zakłady, jak kaflarnie, betoniarnie, garbarnie, stolarnie czyli bardzo różnie, najczęściej marnie prosperujące zakłady rzemieślnicze. Aby zakończyć okres galicyjski, warto wspomnieć, że w Rzeszowie w 1911 roku było 13 silników, głównie parowych, a dzisiaj, 89 lat później podanie nawet przybliżonej ilości różnego rodzaju napędów jest niemożliwe.

Jeszcze o jednej firmie z ogromnymi tradycjami wspomnieć koniecznie należy. Chodzi tu o firmę: Schaitter i spółka. Pierwszy ich sklep mieścił się na Baldachówce w kamienicy Jakuba Holzera. Tomasz Schaitter nabył firmę w 1824 roku, później, w 1834 roku na najruchliwszej ulicy Rzeszowa obecnie Kościuszki Ignacy Schaitter kupił kamienicę na wprost ulicy Grunwaldzkiej (obecnie kawiarnia „Murzynek”) i w niej firma rozwija się znakomicie. Właściciele dokupują na zapleczu sklepu duży kawał ogrodu i tam pomieścili magazyny, była też altana i jak byśmy dzisiaj powiedzieli - działka rekreacyjna. Firma z ogromnymi tradycjami. Już do legendy przeszły opowieści o wspaniałym zaopatrzeniu firmy we wszelki, nawet najbardziej unikatowy towar. Przedstawiciele tej rodziny wspaniale zapisali się w historii Rzeszowa jako rajcy, radni powiatowi, kolekcjonerzy, społecznicy, i przede wszystkim , wspaniali handlowcy, którzy ciągle poszerzali asortyment towarów i usług. W firmie tej bowiem można było kupić smar do wozów i furmanek, naftę, kosmetyki, kawę i herbatę, luksusowe alkohole, proch strzelniczy i benzynę (czyli szwarc, mydło i powidło!). Własnością firmy były dwie pierwsze rzeszowskie stacje benzynowe przy Placu Farnym i na Placu Wolności.

W czasie okupacji Rzeszowa przez Rosjan w maju 1915 roku na dra. Ignacego Schaittera, nałożono ogromną kontrybucję. Doktor sklep zamknął i zaczął się martwić. Jednak wierni klienci, którzy w tej firmie kupowali zawsze na wiosnę nasiona i środki chemiczne wybili szyby w magistracie w geście protestu i kontrybucję cofnięto. 15 października 1919 roku dr Ignacy Schaitter zawiązał spółkę z Michałem Gottmanem, któremu 25 lutego 1928 roku sprzedał swoją część firmy. Zachowana została dotychczasowa nazwa. W 1939 roku sklep wprowadził się do nowej siedziby przy ulicy Grunwaldzkiej. Firmę z tak wspaniałą tradycją i zasługami dla miasta i jego mieszkańców wraz z wieloma innymi zlikwidował socjalizm.

W Rzeszowie elegantki ubierały się u Dontha. Robert Donth prowadził sklep na europejskim poziomie. Zamówienia można było składać na kartkach drukowanych w specjalnych firmowych karnetach.

Innym znanym rzeszowskim handlowcem był Kazimierz Liwo, zawsze uśmiechnięty, sympatyczny i jak pisze Bogusław Kotula w „Rzeszowskich lizakach”, „kupiec nad kupcami”. Kotula cytuje także bardzo charakterystyczne zwroty pana Liwo w ówczesnym języku handlowym od czasów galicyjskich obowiązujące: „rączki całuję pani dobrodziejce”, ”uszanowanie dla pani mecenasowej” i inne im podobne. Świadczyły one o znajomości klienteli przez handlowca, a także o wiedzy o gustach i upodobaniach nabywców towaru. Świadczyły także o szacunku dla klienta!. W lokalu na rogu 3-go Maja i Dymnickiego Kazimierz Liwo prowadził sklep kolonialny, a po jego upaństwowieniu i nazwaniu „Lukullus” starsi Rzeszowianie dalej mówili: „idę do Liwy”, „kupiłem u Liwy”.

Asortyment kolonialny i cukrowy, czyli jednym słowem delikatesowy można było także nabywać w dwu luksusowych sklepach Stanisława Jaśkiewicza 3-go Maja 8 i u Izydora Wojtowicza przy 3-go Maja 1. Zapachową reklamą tych sklepów były palarnie kawy, zapach świeżo palonej aromatycznej kawy przyciągał „inteligentną” klientelę i smakoszy.

Po pierwszej wojnie światowej w Rzeszowie i okolicach zaczęły się dynamicznie rozwijać różne firmy, sklepy, wytwórnie, rozlewnie, browary i gorzelnie. Funkcjonowały drukarnie, składy, hurtownie i spółki. Jedną z największych prowadziły kółka rolnicze. Konkurencję hrabiemu Potockiemu właścicielowi browaru i wytwórni likierów i rosolisów w Łańcucie robił Lischutz Hirsch Rzeszów Rynek 27 właściciel „Alko” – fabryki likierów, rosolisów, rumu i koniaków. Firma drukowała barwne etykiety i nalepki na butelki. Śladem po niej jest napis „Alko” na kamienicy w Rynku, napis, który dzisiaj zastanawia, co też może ten wyraz znaczyć.

Początki rzeszowskiego biznesu ledwo udało mi się dotknąć, wspomniałem zaledwie o kilku firmach, prawie zupełnie pomijając firmy żydowskie, których w Rzeszowie było zatrzęsienie, większe, średnie, małe i zupełnie malutkie, ale to już inna opowieść. Jeszcze zdarza się czasem, że na strychach starych kamienic, w trakcie remontów, albo podczas wyprawy paroletnich poszukiwaczy skarbów znajdowane są opakowania, etykiety, nalepki z nazwami, które już niewiele starym Rzeszowiakom coś mówią. Są to resztki, tamtego Rzeszowa, tamtych firm, dużych, średnich i zupełnie maluśkich, majątków, dorobku dawnych biznesmenów, którzy byli przed tu przed nami.

Marek Czazrnota