Ta strona używa cookie. Informacje o tym w jakich celach pliki cookie są używane znajdziesz w Polityce Prywatności. W przeglądarce internetowej możesz określić warunki przechowywania i dostępu do cookies. Korzystając ze strony wyrażasz zgodę na używanie cookie, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki. zamknij

Rzeszowscy dorożkarze

Pan Józef Komuszyński solista Kapeli Podwórkowej z Wygnańca w piosence „Rzeszowski chłopak” wspomina podmiejskie zabawy, a szczególnie potańcówki na Wygnańcu. Najczęściej wielce spragniony i samotny „Rzeszowski Chłopak” dostrzegł że także samotnie stoi sobie:
„Jakaś piękna szyk dama,
Przystojna zgrabna i sama,
Więc do dorożki wsadziłem ją,
I na Wygnaniec pomknąłem z nią.
Poganiaj Wójcik konika,
Niech nam Wygnaniec umyka,
Drynda pomknęła wśród pięknych drzew,
W oddali słychać harmonii śpiew”.

Nie wiadomo, o którym Wójciku pan Józef śpiewa, bo dorożkarzami byli dwaj bracia Józef – miał konia kasztana i Franciszek – siwka. Obaj bracia to znane postaci i bardzo „uważane” w Rzeszowie. Bo jak pisze Franciszek Kotula: „Tu prym (jako dorożkarze) wodzili Wójciki. I ciekawe byli również muzykantami”. Tamten Rzeszów wyd. 3 str. 272.

Nawet ich slogan reklamowy „bez Wójcików wesele nie jest udane” zawierał dużą dozę prawdy. Ale opowieść o Rzeszowskich muzykantach zostawmy sobie na inną okazję, a my zajmijmy się rzeszowskimi dorożkami i dorożkarzami. Fiakrem był ojciec znanego i znakomitego grafika, Bolesława Kiernas – Kiernickiego, który w okresie okupacji zdokumentował i utrwalił w rysunku, drzeworycie i akwareli dawny, przedwojenny i wojenny Rzeszów. Dorożkami po Rzeszowie jeździli późniejsi piaskarze, którzy w trakcie budowy COP-u przekwalifikowali się wykonując cięższą, ale i bardziej popłatną pracę.

W okresie międzywojennym, w czasie okupacji i w kilka lat po II wojnie światowej obok braci Józefa i Franciszka Wójcików z ulicy Dąbrowskiego „na dorożce stali”: Świst, Bednarski i Mróź z ulicy Piastów, Józef Skarbowski z Podkarpackiej, Żyradzki i Makara ze Staroniwy, Homa, Pelc i Kisielewski z Pobitnego oraz Wapiński z ulicy Lwowskiej, mogłem kogoś w tej wyliczance pominąć, więc przepraszam i proszę czytelników o uzupełnienie.

Do redakcji Nowin zdjęcia rodzinne przysłał pan Kazimierz Wójcik syn Józefa, pan Kazimierz zgodził się na rozmowę i stąd wzięła się ta opowieść o rzeszowskich fiakrach.

Ojciec Jego poszukując w latach dwudziestych pracy nabył dorożkę, a w ciągu całej swojej kariery zawodowej miał ich dwie lub trzy. Nie wykluczone, że mogła któraś z nich pochodzić z zakładu Serwów, bo jak pisze Franciszek Kotula: „Usadowił się tedy na Podpromiu zakład Serwów – najpierw ojca, potem syna, Stanisława. Specjalizowali się w wyrobie powozów i bryczek...” Tamten Rzeszów wyd. 3. str. 259.

Franek i Józek, bo tak ich nazywano jak mieli granie, to nie siadali na kozioł dorożki, przewóz pasażerów i orszaku weselnego pozostawiali konkurencji. Orszaki ślubne składały się z dorożki lub kilku, ale także z bryczek i wasążków, co kto miał w rodzinie, byle było tanio, elegancko i okazale.

Fiakrami najczęściej jeździli rzeszowscy adwokaci, sędziowie, lekarze, jednym słowem inteligencja, a także kupcy i rzemieślnicy. Między bajki należy włożyć przechwałki opowiadające o tym, że po udanej transakcji, czy interesie, oraz po jego obfitym oblewaniu w jednej dorożce siedział „człowiek sukcesu”, a w drugiej jechał jego melonik lub kapelusz oraz laska. Po wojnie stałymi pasażerami Józefa Wójcika byli proboszcz od saletynów ks. Ptak i znany rzeszowski lekarz doktor Nieć.

Ojciec wstawał o piątej jak wspomina pan Kazimierz, bo trzeba było konia oczyścić, nakarmić powóz wyciągnąć, zaprząc no i wyjeżdżać. Jeździli różnie w zależności od potrzeb, najczęściej do godziny szesnastej, a w zimie jeszcze krócej. W czasie śnieżnych zim wygodną dorożkę zastępowały równie wygodne sanie.

Jak wkroczyli do Rzeszowa Niemcy zarekwirowali początkowo konie i dorożki, a później po ich zwrocie dorożkarze mieli obowiązek powrócić do pracy z tym, że pierwszeństwo mieli zawsze okupanci. Podczas okupacji dorożkarzom Niemcy kazali jeździć w specjalnych mundurach. Żądali oni, by fiakrzy czekali na nich na ulicy Kraszewskiego, tuż obok dzisiejszej redakcji Nowin, w miejscu stojącego tu dzisiaj kiosku Ruchu. Pojazdy te były bardziej ekologiczne od redaktorskich stalowych, błyszczących chromem, niklem i lakierem „krążowników szos”.

W Rzeszowie było kilka postojów zorganizowanych w ten sposób, że codziennie w tym samym stałym składzie: Bracia Wójcikowie, Świst, Wiercioch, stali w innym miejscu, by „nikt nie miał krzywdy”, bo podobnie jak dzisiaj były postoje bardziej lub mniej atrakcyjne finansowo. Niektóre z postojów jak na placach farnym i dworcowym przejęli taksówkarze rugując z nich dorożkarzy, zresztą z pod fary postój został przeniesiony na ulicę Kanałową, dzisiejszą Kopernika. Inne postoje to na Alei pod Kasztanami, na ulicy Nowe Miasto (za restauracją Jutrzenka).

Jak wspomina Pan Kazimierz dorożka musiała ładnie wyglądać, dla tego też Ojciec raz w roku malował ją na czarno, zwłaszcza „układ kierowniczy” i wszystkie części drewniane. Skórzana, stawiana w czasie deszczu buda i skórzane kanapy były także specjalnie konserwowane. Także koń był szczotkowany i dokarmiany chlebem, żeby sierść błyszczała. Zawsze jadąc na postój Ojciec zabierał obrok w worku, który zakładało się koniowi na głowę. Najczęściej było tam siano, sieczka lub owies. Oczywiście główne karmienie odbywało się w stajni. Obaj bracia „parkowali” przy domu rodzinnym na ulicy Dąbrowskiego.

Obok pasażerów dorożkami wożono także różne przedmioty, nawet meble. Przykrywano kanapę kocem na którym kładziono przewożone ładunki.

Ponieważ nie było taxometrów, a o kasach fiskalnych nikt nawet nie marzył stawki były umowne, choć stałe. Za kurs na przykład spod fary na Staromieście pod kościół płacono około 30 złotych. W granicach centrum miasta przejazd kosztował 10, czasem 15 złotych. Wyjazd z młodą parą kosztował na krótsze trasy 50 złotych, a za dalszy kurs trzeba było zapłacić nawet i 100 złotych.

Pod koniec lat pięćdziesiątych drogie jak na owe czasy dorożki zaczęto zastępować tańszymi taksówkami. Dorożkarze zżymali się na konkurencję, zwłaszcza na rugowanie ich z postojów, ale postęp zrobił swoje, w Rzeszowie nie ma już ani jednego fiakra, jedynie przez długi czas, bo aż do końca lat osiemdziesiątych pamięć o nich trwała w nazwie „dorożka bagażowa”, dzisiaj już wyraz „dorożka” zastąpiła nowocześniejsza i brzmiąca z angielska „taxi”.

M. Czarnota