Ta strona używa cookie. Informacje o tym w jakich celach pliki cookie są używane znajdziesz w Polityce Prywatności. W przeglądarce internetowej możesz określić warunki przechowywania i dostępu do cookies. Korzystając ze strony wyrażasz zgodę na używanie cookie, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki. zamknij

Piaskarze

Rzeszów miasto, które na przestrzeni sześciu i pół wieku systematycznie się rozbudowywało zmieniając się z drewnianego na murowane potrzebowało wielu i to różnych materiałów budowlanych. Wokoło uruchomiono kilka cegielni, wapno sprowadzano z pobliskich wapienników, kamień z Kielnarowej, Malawy i innych kamieniołomów, a piasek wydobywano z Wisłoka. Powstała także grupa zawodowo zajmująca się dobywaniem piasku i żwiru – piaskarze.

Pierwsze duże zapotrzebowanie na piasek wiązało się z budową rzeszowskiej, gotyckiej fary, a później kościoła i klasztoru oo bernardynów, ratusza i zamku rzeszowskiego lokowanego na skarpie, nad brzegiem Wisłoka przez Mikołaja Spytka Ligęzę. To nic, że zamek jeszcze za życia budowniczego został zdobyty, między innymi przez bratanka Panamikołajowego; Andrzeja Ligęzę z Piotraszówki – dzisiejsza Boguchwała, ale także zamek obronił miasto przed Tatarami Kantymira Murzy i innymi najeźdźcami. Ligęza nie dokończył budowy i w testamencie polecił Małżonce by: „...zamku domurowała i Ligęzowem nazwała”. A potem bogate rzeszowskie mieszczaństwo, rzemieślnicy urzędnicy zamkowi i miejscy budowali swoje większe lub mniejsze kamienice, a kupcy stawiali sklepy i magazyny. Piasek z Wisłoka znacznie obniżył koszta powstania żydowskiego Nowego Miasta na północny wschód od centrum, a także ułatwiał Lubomirskim rozbudowę siedziby rodowej, fortyfikacji miejskich i powstanie pałacyku letniego. W latach trzydziestych XX wieku z tego piasku wybudowano Centralny Okręg Przemysłowy, a po wojnie wszystkie nowe osiedla mieszkaniowe i całą infrastrukturę miejską

Skąd piasek w Wisłoku

Wisłok jako górska rzeka niesie ze sobą to wszystko, co mu w wodę wpadnie, także okruszki skał i kamienie. Zbliżając się do Rzeszowa zwalnia swój bieg, bo wpływa na tereny coraz bardziej płaskie i równinne. Nagromadzony piasek osiada na dnie i tam się gromadzi. A że Wisłok był bardzo niespokojną rzeką i po większych powodziach i wylewach zmieniał swoje koryto, więc i w ziemi w różnych miejscach nagromadziło się go wiele. Obecnie właśnie z takich podziemnych zasobów dobywa się piasek na potrzeby budownictwa i drogownictwa. Dawniej pozyskiwano piasek w dwojaki sposób. Albo kopano go tak jak to wyżej opisałem, albo w sposób o wiele prostszy pozyskanie go ze źródła odnawialnego jakim była rzeka Wisłok.

Były dwa sposoby czerpania piasku z rzeki. Piaskarz wypływał galarem – płaskodenną, szeroką łodzią na środek nurtu, kotwiczył i specjalnym czerpakiem z podziurkowanym dnem na długiej żerdzi czerpał piasek z dna rzeki. Po nabraniu unosił czerpak nad lustrem wody, czekając, aż jej nadmiar wycieknie, a następnie wysypywał „urobek” na dno galara. Po wydobyciu około dwóch kubików, jest to pojemność jednej furmanki; podpływał do brzegu i jeżeli był klient chętny do zakupu przeładowywano szuflami piasek na wóz. Jeżeli nie było nabywcy, piasek składowany był na brzegu i czekał na kupca, a piaskarz wypływał ponownie na środek rzeki czerpać kolejną porcję. Przed wojną i zaraz po niej budowniczym galarów zwanych też krypami piaskarskimi był Michał Goryl. Ciekawe wyglądały prace projektowe. Budowniczy od ręki i na oko rysował grubym ołówkiem stolarskim projekt na papierze pakowym, a następnie przystępował do prac „szkutniczych”. Ważne, że budowniczy nie popełniał błędów konstrukcyjnych. Wieloletnie doświadczenie znajomość i intuicyjne zachowywanie proporcji dawały tu znakomita efekty. Podobno kilka takich rysunków było w kolekcji docenta Franciszka Kotuli. Co się z nimi stało nie wiadomo.

Inny, znacznie bardziej opłacalny i szybszy sposób dobywania piasku i żwiru polegał na tym, że do rzeki wjeżdżały dwa wozy konne i ich właściciele napełniali je w podobny sposób jak załadowywano krypę. W tym czasie konie czekały na brzegu żując sieczkę lub siano. Po napełnieniu wozów najpierw do jednego z nich zaprzęgano dwie pary koni i wyjeżdżano na brzeg. Potem w podobny sposób wyjeżdżał drugi wóz i dalej, już w zaprzęgu dwukonnym piaskarze jechali ze swoim ładunkiem do klienta.

Piaskarskie rody

Na Wygnańcu, Rudkach, ale i w centrum miasta zamieszkiwały całe rody piaskarskie. W okresie międzywojennym na Hetmańskiej mieszkali Władysław Świst, Kiesie Bolesław, Stanisław i Stefan, Marcin Puc, a także Goryle, Tabisze, Kaczory, Haligowscy i inni. Wielu z nich przesiadło się z eleganckich dorożek na ciężkie, ale przynoszące większy dochód piaskarskie wozy.
Zwłaszcza w okresie budowy Centralnego Okręgu Przemysłowego wydobywanie i handel piaskiem były bardzo dochodowe. Miasto, które było właścicielem dużego odcinka rzeki dzierżawiło szutrowiska na Wisłoku Państwowemu Zarządowi Wodnemu w Rzeszowie działającemu w imieniu Funduszu Regulacji Wisłoka reprezentowanym przez inż. Staninsława Flisowskiego. Umowa nie gwarantowała, że na udostępnionym odcinku będą uzgodnione ilości piasku, ale zastrzegała, że jeżeli dobywający piasek wyrządzą jakieś szkody będą musieli je pokryć. Wspomniani wcześniej piaskarze pomimo, że nie podpisano z nimi umów dzierżawnych piasek dalej pobierali, w związku z czym do Magistratu wpłynęły na nich liczne doniesienia strażników miejskich, do dzisiaj zachowane w archiwum. Rada Miasta poleciła sytuację wyjaśnić i rozwiązać z korzyścią dla miasta i piaskarzy. W piśmie do Zarządu Miasta z dnia 25 lipca 1939 r. piaskarze piszą: „Podpisani imieniem własnym i kilkunastu innych obywateli Miasta Rzeszowa trudniących się dostawą szutru i piasku od lat dziecinnych, z tego się utrzymują, prócz tego dają możliwość zarobkową innym biednym robotnikom dziennym w liczbie około 40 zwracają się do zarządu Miasta Rzeszowa z prośbą o zezwolenie za opłatą brania piasku i szutru na terenach wydzierżawionych przez Magistrat w Zarządzie Wodnym w Rzeszowie, oraz proszą o zezwolenie na przejazd przez grunta magistrackie jak to czynią inni dostawcy szutru i piasku”. Tuż przed wojną ispy czyli złoża piasku dzierżawiły różne firmy, największą z nich było Przedsiębiorstwo Robót inżynieryjno-Budowlanych F. Oppman i H. Kozłowski z Warszawy oraz inni budowniczowie COP.

A było się o co bić. Z samej tylko ispy miejskiej w 1937 roku zużyto: na budowę domków robotniczych (Oś. Cegielskiego) - 4.679.78 m sześć. Na drogi 1.420 m sześć. Firmy budujące Polskie Zakłady Lotnicze zużyły: warszawska – 3.070.68 m sześć., krakowska – 5.298.31 m sześć., Zakrzewskiego – 535 m sześć. a Jakubowskiego 300 m sześć. Na budowę domów, mieszkań i infrastruktury COP tylko w tym 1937 roku zużyto łącznie 16.541.66 m sześć. zanotował w zestawieniu zbiorczym urzędnik magistratu Piotr Bednarski.
W czasie okupacji niemieckiej piaskarze wydobywali żwir i piasek na potrzeby budownictwa indywidualnego i drobnych remontów. Nie przynosiło to dochodów dużych jak przed wojną, ale dało się z tego wyżyć. Niemcy szczególnie dbali o drogi i ich utwardzenie. Niszczono żydowskie kirkuty, w mieście było wiele wyburzeń, nawet pomniki Mickiewicza i Kościuszki poszły na utwardzenie dróg i brzegów Wisłoka. Do tych robót potrzeba też było wiele żwiru i piasku i ten w większości dostarczali polscy piaskarze. Na swoje duże budowy jak bunkry w Stępinie, poligon rakiet V pod Dębicą i inne okupant dobywał piasek po swojemu, już na skalę przemysłową. Po wojnie Kiesie, Goryle, Świsty, Tabisze, Kaczory i inni rzeszowscy piaskarze włączyli się w nurt odbudowy i rozbudowy przemysłu i miasta. Pracowali do połowy lat sześćdziesiątych, kiedy to wydano zakaz dobywania piasku z rzeki. Piaskarze przeszli do innych zawodów.

A co na to Wisłok?

Rzeka jak dawniej, jak od zawsze nanosi piasek i żwir układając je warstwa po warstwie jedną na drugiej. Może ten piasek przyda się kiedyś Rzeszowowi, jak zawsze się przydawał, może będzie budulcem już trzeciego „Nowego Miasta”. Będzie się go na pewno wydobywać, ale już nie będą to piaskarzy na galarach, krypach lub na wozach zaprzężonych w duże potężnie umięśnione i mocne konie już nie oni. Nieodwołalnie odeszli w przeszłość.

M. Czarnota