Ta strona używa cookie. Informacje o tym w jakich celach pliki cookie są używane znajdziesz w Polityce Prywatności. W przeglądarce internetowej możesz określić warunki przechowywania i dostępu do cookies. Korzystając ze strony wyrażasz zgodę na używanie cookie, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki. zamknij

O okupacji w Rzeszowie i wojennych szpitalikach

Już nie pamiętam skąd w moim archiwum znalazł się maszynopis relacji pani Julii Juszczak z czasów okupacji i okresu jej pracy w szpitalach PCK w Rzeszowie. Autorka urodziła się w Żywcu 26 marca 1898 roku. Ukończyła siedem klas szkoły powszechnej. Tuż przed wojną ukończyła kurs pielęgniarski PCK. Po wojnie była współwłaścicielką piekarni wafli. Zmarła w Rzeszowie pod koniec lat osiemdziesiątych.
Oto jak opowiada o swoich okupacyjnych losach (relację zredagował MC):

W sierpniu 1939 roku po ukończeniu kursu PCK zorganizowanego przez Związek Strzelecki zaraz miałyśmy próbne alarmy w nocy i w dzień. Drużyny PCK zaczęły pracę na stacji kolejowej przy wojskowych transportach, które jechały na front. Podawałyśmy im kawę i herbatę. Na dzień przed wybuchem wojny miałyśmy ćwiczenia na Pobitnym. Następnego dnia nie wiedząc nic o wybuchu wojny zobaczyliśmy ogień nad stacją kolejową i słysząc wybuchy bomb pospieszyłyśmy natychmiast z pomocą rannym i zasypanym. Widok przedstawiał się okropny, bo nie tylko było dużo rannych ale i zabitych. Było nas tam dwie drużyn. Wydobywałyśmy rannych z pod gruzów, niektórzy byli bardzo zmasakrowani i uduszeni, tam też została zabita właścicielka restauracji Cebulawa wraz z całym personelem, a także ludzie, którzy czekali na pociągi w różnych kierunkach. Był tam też jeden młodziutki harcerz, który siedział z plecakiem na krześle i tak siedzącego zasypało i udusił się pod gruzami. Rannych wynosiło się na noszach i odwoziło się do Szpitala Powszechnego, zabitych ładowano na wozy i zawożono wprost do szpitalnej kaplicy. Po pozbieraniu zabitych i rannych nasze umęczone drużyny poszły do przeznaczonej dla PCK przez sztab placówki. Znajdowała się ona przy ulicy 3 Maja w pomieszczeniach Stowarzyszenia „Gwiazda”. Tak wyglądał pierwszy dzień mojej pracy.

Na drugi dzień rano dostałyśmy rozkaz przez radiostację wojskową by nasze drużyny ratowniczo-sanitarne Okręgu PCK z komendantem Bronisławem Nowakiem udały się do koszar 17 PP po mundury, płaszcze wojskowe i po sprzęt sanitarny dla drużyn i sztabu PCK. W czasie załadunku lotnik nieprzyjacielski zobaczył nas i zaczął ostrzeliwać, chowałyśmy się pod wozy gdyż nieprzyjaciel ostrzeliwał także koszary i Fabrykę Cegielskiego. Po przewiezieniu mundurów na placówkę dostaliśmy rozkaz by wszystkie drużyny wraz z wojskowymi udały się do Mrowli, gdyż tam nieprzyjaciel ostrzelał pociąg osobowy i trzeba było nieć pomoc rannym i zbierać zabitych. Tam była masakra! Pod gradem kul, pomimo że nieprzyjaciel widział znaki Czerwonego Krzyża, zbierało się rannych, czasami kryłyśmy się ziemiankach, czasami czołgając się trzeba było nieść pomoc, bo zewsząd było słychać wołanie „Ratunku”. W mojej drużynie niektóre sanitariuszki wycofywały się z tego piekła wołając „...moja mamo ratuj...”.Moja drużyna stale była wyznaczana przez komendę tam gdzie trzeba było nieść pomoc i spieszyć z narażeniem własnego życia, bo wtenczas nie było czasu myśleć o sobie.

Gdy okupant zbliżał się do Rzeszowa wszystkie drużyny dostały rozkaz udania się do Przemyśla, ale tam już nie dotarliśmy, bo okupant zajął miasto i musieliśmy udać się inną drogą na Rawę Ruską udzielając pomocy tamtejszej ludności. W Rawie Ruskiej dowiedzieliśmy się o zajęciu całej Polski i wracając pozbywaliśmy się karabinów, czapek i cokolwiek kto miał. Ja miałam torbę sanitarną zabrali mi z niej najpierw jodynę, a potem inne medykamenty.

Po powrocie do Rzeszowa zaraz poszłam do pracy do szpitala, który mieścił się w dawnej bursie gimnazjalnej przy ulicy Krakowskiej (dzisiaj ks. Jałowego). Tam pracowało nas bardzo dużo, pomagałyśmy rannym i trochę podleczonym. Cichaczem zamieniało się mundury na ubrania cywilne i każdy, kto mógł uciekał do domu, albo do obcych dobrych ludzi. Następnie po zlikwidowaniu Szpitala w bursie, został otwarty jeszcze w 1939 roku szpitalik PCK przy ulicy Kościuszki 9 na I piętrze (w mieszkaniu po doktorze Infeldzie, który we wrześniu 1939 uciekł na wschód - MC) przyjmujący nie tylko rannych żołnierzy, ale i ludność cywilną. Tam pracowało czterech lekarzy, dr Śmigaj i dr Sarna. Oni prowadzili ten szpital. Pomocy ambulatoryjnej udzielali dr Brzeski i dr Lewicki, którzy byli lekarzami dochodzącymi. Tam pracowało się zupełnie bezinteresownie. Tak lekarze jak i sanitariuszki pracowali z wielkim poświęceniem i sumiennością. Było nas wszystkich 18, cztery tylko po kursach PCK – reszta do pomocy przy chorych. Bardzo dużo zgłaszało się chętnych do pracy w naszym szpitalu, bo miałyśmy zapewnione przez władze niemieckie, że osoba, która pracowała w PCK nie zostanie wywieziona do Niemiec na roboty. Taki układ zrobił nasz prezes prof. Pivirotto z Kreihauptmanam i otrzymałyśmy wszystkie tzw. Beschenig, że wolno nam było chodzić w dzień i w nocy i w czasie łapanek nawet i jechać w niemieckim wagonie, zawsze nas wypuszczano co i mnie się zdarzyło, bo nawet w domu było się w niebezpieczeństwie. Mieszkałam w początku okupacji - gdyż potem mię wysiedlono - przy ul. Lwowskiej 13 - dzisiaj Piłsudskiego (dopisek MC) - w dawnych koszarach, tam było duże podwórze. Pamiętam było to w piątek, w dniu tzw. giełdy, która znajdowała się przy ulicy Siemieradzkiego. Można tam było nie tylko kupić ciuchy, ale także i mięso i dolary, odbywały się różne spotkania, jak zwykle w czasie okupacji w różnych miastach. W tym dniu Niemcy zrobili łapankę i wszystkich ludzi z tejże giełdy, a było ich parę setek zgromadzili na naszym podwórzu. Obstawili bramę i wszystkie mieszkania. Żandarmi po dwóch wpadali do każdego z mieszkań i zabierali wszystkich dołączając ich do już zgromadzonych. Na tym naszym podwórzu dokonywali selekcji, kto pojedzie na roboty, a kto zostanie. Ja zdążyłam wziąć z sobą ten Bescheinigung. Podszedł do mnie taki młody służbisty smarkacz, służalec Polak z Arbeitsamtu i pyta się mnie tylko czy mam męża i z czego żyję. Nie zdążyłam na jego pytanie odpowiedzieć, a on już mnie dołącza do grupy przeznaczonej do wywózki, to ja wówczas pokazałem moją przepustkę, to on wziął mnie za rękę i zaprowadził do samego Kreishauptmana, który po obejrzeniu mojej przepustki kazał mi iść do domu. Służalcowi się to nie spodobało, bo kilka słów krytyki padło pod jego adresem. Dużo miałam przejść, nawet przy największych łapankach wychodziłam cało. Szpital jak już wspomniałam mieścił się przy Kościuszki 9 na I piętrze i tam mieliśmy 4 pokoje, kuchnia, łazienka i mały gabinet znajdowały się na poddaszu. Szpitalik był czynny prawie cały dzień. Przed południem były wizyty na które przychodził dr Śmigaj i ambulatorium też było czynne od 8 rano. Praca była ciężka, bo w czasie okupacji nie było żadnych lekarstw, tak że lekarze byli nieraz bezradni. Także i siostry, choć nie miały kursów, ale orientowały się, pracowały z poświęceniem i samozaparciem wykonując swoją pracę pielęgnując chorych jak kogoś najbliższego. A przecież pracowałyśmy bezinteresownie, żadna nie wstydziła się podać choremu basen, nie odmawiała nocnych albo dziennych wyczerpujących dyżurów. Zżyłyśmy się wszystkie jak jedna rodzina i nie miałyśmy żadnych nieporozumień ani kłótni między sobą, a pracowało się przecież za darmo i bez łapówek, no bo kto miał nam płacić. Co która z nas miała do zjedzenia tośmy się dzieliły, a naprawdę często chodziło się głodnym, ale o tym się nie myślało, bo to wszystko robiło się dla naszej Ojczyzny, na którą czekało się z utęsknieniem. Ten szpitalik stanowiło 20 pacjentów w tym kilka kobiet, był po trosze przytułkiem dla ludzi biednych, opuszczonych, bez rodzin, jak też dla żołnierzy co wracali ranni i chorzy. Dla tego szpitaliku dostawaliśmy deputat na który składały się kości zwierzęce, pęcak, ziemniaki, czarny chleb z marmoladą i czarna kawa, ale czasem i tego brakowało dla nas, bo trzeba było przede wszystkim nakarmić pacjentów. Praca nasza, choć wykonywana w ciężkich warunkach dawała nam zadowolenie i pracowało się z ochotą, bo na coś się czekało, na wolność, tak pracowałyśmy cały rok 1940.

Na święta Bożego Narodzenia zrobiłyśmy skromną, ale ładną choinkę dla naszych chorych oraz Wigilię, na którą też przybyli zaproszeni lekarze: dr Śmigaj i dr Sarna, było bardzo miło i my i nasi pacjenci spędziliśmy ten wieczór. Szpital na Kościuszki zlikwidowano w 1943 r. (autorka podaje błędnie rok 1945). Władze niemieckie 15 października przekazały nas do Szpitala Powszechnego, a chorych wszystkich, którzy mieli domy, czy rodziny blisko to się ich odwoziło, także do znajomych. Ja odwoziłam takiego ociemniałego staruszka do rodziny do Połomi do jego dalekich krewnych.

Po likwidacji szpitalika każda z nas poszła gdzieś pracować, otwarto też kuchnię dla biednych gdzie kilka z nas się zaczepiło, ale obowiązkowo musiałyśmy należeć do Drużyn Ratownictwa Sanitarnego Obrony Przeciwlotniczej, tak że na każdy alarm musiało się lecieć czy to w dzień, czy w nocy musiało się stawić na wyznaczone placówki, a było ich kilka. Na każdej był lekarz, siostry i kilku mężczyzn, bo wszyscy urzędnicy z biur mieli obowiązek do tych drużyn należeć i wszyscy brali udział w czasie tych alarmów i wszyscy mieli przepustki tzw. Bescheinig, bo takie alarmy odbywały się najczęściej w nocy, nieraz zaczynały się o 8 wieczorem, a kończyły nieraz i o 2 w nocy, a rano trzeba było być w pracy.

Od roku 1941 należałam do Armii Krajowej jako sanitariuszka PCK, szkoliłam u siebie w domu na kursach pierwszej pomocy. Przeszkoliłam w sumie dziesięć kobiet, które przychodziły każda o innej godzinie, był rozkaz, by się nie spotykały w trakcie szkolenia trwającego 14 dni. Także często bywałam łączniczką, przenosiłam meldunki do różnych placówek i do sztabu AK, nieraz bardzo daleko. Wówczas szłyśmy z koleżanką, to nie było takie podejrzane. Pytającym, napotkanym Niemcom mówiłyśmy, że idziemy na wioski kupować kartofle, pokazywałyśmy nasze przepustki, o nic więcej nas nie pytali, ale były to bardzo nerwowe i niepewne sytuacje. Podziemne gazetki, które także rozprowadzałyśmy przynosiły informacje, że już nie długo. Pamiętam przełom 1943/1944 szłyśmy z koleżanką koło koszar przy ul. Dąbrowskiego. Byli tam jeńcy rosyjscy, prosili o trochę cukru. Wróciłyśmy do domu, zrobiłyśmy małe woreczki płócienne, i to co miałyśmy w domu, rozsypałyśmy po parę deko, patrzyłyśmy, czy w pobliżu nie ma gdzie Niemców, przerzucałyśmy te woreczki przez płot kładąc palec na ustach prosząc o zachowanie ciszy. Poszłyśmy znowu do Staromieścia tam popatrzeć do parku Jędrzejowicza, gdzie byli więzieni Polacy. Tam dałyśmy im papierosy albo korzystając z nieobecności Niemców podawałyśmy chleb i pieczone ziemniaki i w ogóle co się mogło. Jak mogłyśmy pomagałyśmy tym ludziom. W roku 1943 r. przechowałam u siebie trzy osoby w tym jedną kobietę, bo groziło im aresztowanie – ta kobieta jest obecnie (rok 1969) członkiem ZboWiD w Rzeszowie.

30 lipca 1944 zostałam wezwana przez posłańca ze sztabu AK w Rzeszowie do natychmiastowego stawienia się na Placówkę do Powstańczego Szpitala, wydelegowano nas tam trzy do pomocy, gdyż zbliżał się koniec naszej niewoli. Armia Czerwona zbliżała się, już o 10 rano następnego dnia było słychać pierwsze strzały, Niemcy byli na niektórych odcinkach i się jeszcze ostrzeliwali, działa huczały coraz gośniej. Pierwszą ofiarą tych działań był prof. Adamek przy ulicy Bema i chcę tu zaznaczyć, że ludzie byli wówczas odważnii i dzielni. Weźmy tu na przykłads dr. Sarnę, który wezwany do tego rannego nie zawahał się i pod gradem kul narażając swoje życie niósł pomoc rannemu. Tam w Szpitalu trwałyśmy od niedzieli 31 lipca do wtorku 2 sierpnia, to jest do dnia wkroczenia Armii Czerwonej. Były to najstraszniejsze chwile, bo minowano różne obiekty, wysadzono most na Wisłoku, Elektrownię, pocztę na ul. 3 Maja i inne budynki. Działanie te pośrednio nie ominęły i naszego szpitala. Gdy wysadzano most na Wisoku, był taki wstrząs, że nas w trakcie przygotowywania gazików i zwijania bandarzy przesunęło z krzesłami na drugą stronę korytarza, w budynku nie została ani jedna szyba, był ostrzał, chorych znosiło się do piwnic, a w salach umieszczało się rannych, bo stale ktoś się zgłaszał lub był przyprowadzany przez ludzi odważnych nieraz spod kul i bombardowań. Wybite okna zatykało się materacami, a na takich materacach układałyśmy na podłodze rannych. Te ostatnie chwile były najstraszniejsze, gdyż szpital był stale ostrzeliwany, bo jeszcze jedno działo niemieckie stało pod szpitalem, które było celem ostrzału Rosjan. Jedna nasza salowa została zabita, pamiętam też taki obraz około 10 w nocy przyprowadzono zakrwawioną kobietę, której odłamek wybił oczy. Przyprowadziło ją dwie osoby. Dr Drobniewicz założył na oba oczodoły opatrunek, a na drugi dzień przyszedł do niej mąż i dzieci, wszyscy zaczęli płakać, a jej krwawe łzy płynęły spod opatrunku. Wszystkie płakałyśmy a dla mnie był to jedno z najstraszniejszych przeżyć tej wojny. A działa huczały strasznie, od niedzieli do wtorku, od rana do rana do godziny trzeciej drugiego sierpnia. Najgroźniej było wieczorem 1 sierpnia, zdawało się, że są to nasze ostatnie minuty, przyszła siostra zakonna i mówi, byśmy się modlili, zrobili rachunek sumienia, gdyż nasz koniec się zbliża, zaczęliśmy wszyscy płakać, nawet naszemu dzielnemu ordynatorowi łzy spływały po policzkach. Dopiero nad ranem 2 sierpnia około czwartej patrzymy poprzez okna suteren, z kuchni szpitalnej i zobaczyłyśmy żołnierzy Armii Czerwonej. Zaraz o godzinie 6-tej rano odbyła się msza św., którą odprawił kapelan szpitala ks. Wywrocki, podczas której słychać było jeden szloch z radości, że jesteśmy nareszcie wolni i że nadszedł dzień, na któryśmy czekali. Zaraz o 7 rano pobiegłyśmy na plac Wolności, na Główną Placówkę po drodze spotykając żołnierzy radzieckich. Na placówce dr Nieć dał nam klucze od dawnego niemieckiego szpitala okulistycznego, który mieścił się w jego mieszkaniu. Ja tam zostałam a dwie moje koleżanki poszły z frontem zbierać i ratować rannych.

Szpital ten był w okropnym stanie, brud, nieład, a zwłaszcza zanieczyszczone ubikacje były w okropnym stanie, nie było nikogo do pracy, a czas naglił, bo już zaczęli zwozić rannych. Zakasałam rękawy fartucha i wzięłam się samam do pracy. Już zwożono rannych partyzantów, a także bardzo dużo sprzętu medycznego z innych szpitali i placówek po Niemcach. Dopiero w drugim dniu zgłosiła się moja znajoma jako ochotniczka do pracy, pod warunkiem, że później zostanie zatrudniona w szpitalnej kuchni. Od rana drugiego dnia zaczęli nam znowu zwozić rannych, których musiałyśmy kłaść do łóżek, a nie było dla nich ani pościeli, ani jedzenia. Panie mieszkające na ul. Dekerta gdy dowiedziały się o naszej krytycznej sytuacji przynosiły dla naszych rannych jedzenie. Trwało to długo, do czasu, aż ludność z okolicznych wiosek dowiedziała się o tym, że u nas leżą także ich bliscy, bo większość z nich pochodziła z okolicznych wiosek, to zaczęli przywozić nam chleb, mąkę, ziemniaki, co nam trzeba było nawet mleko i jajka. Potem zaczęły się deputaty, bo już władze zainteresowały się, już było lepiej, nawet węgiel także dostaliśmy. A rannych przybywało i Akowcy i ludzie z miasta, było dużo osób ciężko chorych zwłaszcza rannych cywilów, a w Szpitalu Powszechnym miejsc nie było, to przysyłali do nas i musiało się ich przyjąć. Także leżeli u nas dwaj żołnierze Kościuszkowcy. Pracowało kilku lekarzy na zmianę w naszym szpitaliku, przeprowadzano także zabiegi chirurgiczne. Początkowo zostałam tam jako siostra oddziałowa, była tam ciężka praca. Na początku było nas tam pięć sanitariuszek PCK, potem zgłosiło się więcej, a najgorsze to były dyżury nocne, bo chorzy nie spali i jęczeli. Na Dekerta pracowałam do stycznia 1945, była ty moja pierwsza praca w szpitalu. Na dworcu kolejowym inż. Bronisaw Nowak uruchomił punkt sanitarny, którego zostałam kierowniczką. Był tam także punkt sanitarno-odżywczy. Była to bardzo ciężka i wyczerpująca praca, zwłaszcza dyżury nocne, bo ciągle jeździły pociągi z rannymi. W zimie było na punkcie bardzo zimno bo były to zwykłe baraki. Pracowałam tam aż do likwidacji punktu przez kierownika PCK w Rzeszowie Kuvcińskiego w październiku 1949 roku – za moją pracę otrzymałam dyplom Zarządu Okręgu PCK. Muszę jeszcze dodać, że w latach 1945-1946 brałam czynny udział w ekshumacjach zwłok Polaków pomordowanych przez hitlerowców i w ekshumacjach żołnierzy radzieckich. Odbywały się one pod przewodnictwem dra. Józefa Grzegorczyka. Pierwsza miała miejsce w ogrodzie przy klasztorze oo. Bernardynów, było tam sześć ciał. Następna na Podzamczu, żołnierzy Armii Czerwonej z ich dowódcą (Iwanem Turkieniczem założycielem Młodej Gwardii). Trzecią ekshumację przeprowadzaliśmy na Baranówce, gdzie Niemcy przywieźli 23 Polaków i tam rozstrzelali, czwartą na Czekaju, gdzie Niemcy przy gliniance rozstrzelali 25 Polaków w większości z okolicznych wiosek. W tych pracach brało udział dwie siotery PCK i trzy członkinie – protokółowanie – oraz dwuch grabarzy. Piąta i ostatnia ekshumacja w której brałam udział odbyła się na placu Kilińskiego obok koszar. Tam spoczywało czterech żołnierzy radzieckich w tym jedna kobieta, którą się tam zostawiło, bo nie dało się rady przenieść jej do trumny. Praca ta nie bardzo była miła, bo mimo masek na ustach, jakie miałyśmy to było już z daleka czuć niemiłą trupią woń. Pomimo tego miałam dużo satysfakcji i zadowolenia, bo wydawało mi się, że to ktoś mi bliski, że chociaż tyle można pomóc tym, którzy stracili życie dla naszej Ojczyzny. Czasem po zwłoki przyjeżdżały rodziny, by ich na swoim wioskowym cmentarzu pochować (...).

Rzeszów 15 grudnia 1969
Julia Juszczak

Na tym kończą się wojenne wspomnienia siostry PCK, pielęgniarki, która pracowała w trzech rzeszowskich małych szpitalikach na ul. 3 Maja w budynku Stowarzyszenia „Gwiazda”, na ulicy Kościuszki i w letnim pałacyku Lubomirskich na ulicy Dekerta. Jest świadkiem tamtych czasów, a jej świadectwo jest tak ważne i autentyczne, że pozwoliłem sobie przekazać go Państwu, Moim Czytelnikom.
M. Czarnota