Po jego śmierci Jerzy Waldorff napisał: „Zmarł jeden z najniezłomniejszych Polaków”. Pamiętam tamten dzień, 27 września 1991 roku, kiedy odszedł od nas na zawsze. Miał 80 lat. Artysta niezłomny, autorytet moralny, pisarz przekorny, zmuszający do myślenia...
Wcześniej usłyszał jeszcze w telewizji, z łóżka szpitalnego, swój Koncert fortepianowy, nad którym pracował 11 lat. Wykonano to dzieło podczas XXXV Międzynarodowego Festiwalu Muzyki Współczesnej „Warszawska Jesień”.
Kilka lat umawiałem się z Kisielem na wywiad. Nie było to takie proste. Ciągle był zajęty. Ale do Rzeszowa miał stosunek serdeczny. Pisał do mnie: „Mam z tym miastem związki wręcz rodzinne: urodził się tam mój Ojciec i Dziadek, a także cała gromada Jego rodzeństwa, m. in. Jan August, znany dramaturg. Wprawdzie to było ze 100 lat temu, ale zawsze jakieś duchy pewnie się kołaczą.”
Ojciec Kisiela, to Zygmunt (1882-1942), znany prozaik, publicysta, polityk, bojownik o niepodległość Ojczyzny; dziadek, to August, ziemianin, mieszkający z rodziną w Rzeszowie przy ul. Bernardyńskiej, zajmujący się nauką tańca; Jan August (1876-1918), to znany dramaturg, eseista, krytyk literacki, uczeń I Gimnazjum im. S. Konarskiego w Rzeszowie, współzałożyciel kabaretu Zielony Balonik w Krakowie. Pisze o tych postaciach Zbigniew Andres w Encyklopedii Rzeszowa wydanej w 2004 roku.
Był Stefan Kisielewski autorem wielu muzycznych książek, jak choćby „Z muzycznej międzyepoki”, „Z muzyką przez lata”, „Gwiazdozbiór muzyczny”, „Poematy Ryszrada Straussa”, „Muzyka i mózg”. W wielu muzycznych rozważaniach zastanawia się Kisiel nad wzajemnym stosunkiem treści i formy w sztuce. W słynnej rozprawie pt. „Czy muzyka jest niehumanistyczna?” rozwija Kisiel problem tzw. „czystej formy”. Nie wgłębiając się w zawiłe rozważania, pozwolę sobie zacytować niektóre wnioski. Oto one: „Słuchaczy słuchających muzyki, a nie swojego, pobudzonego przez muzykę wnętrza, jest w zasadzie bardzo niewielu – większość ludzi słucha muzyki nieświadomie, „na wiarę”, podkładając pod nią własne treści psychiczne. Muzyka jest sztuką monistyczną, czystą formą, nie zawiera żadnych treści jest tylko sobą, to jest mniej lub bardziej doskonałym systemem organizacji dźwięków; rozmaitość podkładanych pod nią wrażeniowych „treści” jest wynikiem jedynie różnorodności pracy psychiczno-asocjacyjnej odbiorców: nieudolny słuchacz widzi w muzyce zawsze to, co chce w niej widzieć, to jest odbicie swojego wnętrza.” No cóż, można się zgadzać z tymi stwierdzeniami, lub nie, ale nie sposób przejść obok nich obojętnie!
Kształcił się Kisielewski, podobnie wielu przedwojennych kompozytorów polskich, u Nadi Boulanger w Paryżu. Stąd znaczne wpływy francuskiego neoklasycyzmu w jego utworach. Jest muzyka Kisielewskiego przejrzysta, zwarta i klarowna, rytmiczna, lekka i żywa, zaprawiona szczyptą swoistego humoru. Kompozytor stworzył własny styl i własną estetykę, którą Zofia Lissa określiła mianem „estetyki autonomicznej”. Ta niezależność twórcza powodowała w swoim czasie wiele gorących polemik i dyskusji. Kisiel był nieugięty, bronił swoich poglądów z całą zajadłością i wręcz złośliwością, powiadając m. in. w obronie rozumowego odbioru muzyki: „Podobnie pies wyje, gdy grają, nie wnikając w to, co grają”.
Kompozytor, pianista, pedagog, krytyk muzyczny, eseista, powieściopisarz i polityk, filozof, wreszcie – cięty polemista i filuterny prześmiewca. „Drwina jako diagnoza wyjaśnia absurdalność czy utopizm danej sprawy bez długich filozoficznych roztrząsań” – pisze w jedym z esejów Kisielewski.
Obok twórczości kompozytorskiej, pisarskiej, muzycznej, toczy się u Kisiela wartki strumień literacki tyczący ważkich spraw społecznych, obyczajowych, politycznych, religijnych. Wspomnę o popularnych felietonach, od których, za moich czasów, rozpoczynało się czytanie, od ostatniej strony, nobliwego „Tygodnika Powszechnego”. Przez 40 lat uzbierało ich się ich ponad półtora tysiąca. O tych felietonach Kisiel tak pisze: „Po latach owa forma stała się dla mnie czymś w rodzaju „dziennika duszy”.
Niezwykły to był „dziennik duszy”, który czytało się żarliwie i zachłannie, gdyż był jakby nie z tego świata... I chodziło tu nie tylko o polityczne dywagacje czy swoistą, nie pozbawioną poczucia humoru ocenę życia społecznego. Był w tym wszystkim niepokój o człowieka, jego tożsamość i przyszłość, a zarazem świadomość, że jeżeli nie znajdziemy wspólnej drogi, to zginiemy... Były więc cykle felitonowe: „Łopatą do głowy”, „Gwoździe w mózgu”, „Głową w ścianę”, „Bez dogmatu”, „Wołanie na puszczy” i ostatni – „Sam sobie sterem”.
Cóż dzisiaj możemy powiedzieć Kisielowi, który spogląda już na nas z zaświatów? Chyba to, że oto mimo tak ciężko wypracowanej wolności problemy pozostały, a może nawet ich więcej. Kisiel zaśmiewa się też pewnie do łez, obserwując ostatnie polityczne harce wokół Nagrody swojego imienia, którą ustanowił w 1990 roku (kategorie: polityk, publicysta, przedsiębiorca).
Non omnis moriar... Pozostaje ogromne dzieło Stefana Kisielewskiego – muzyczne, literackie, filozoficzne, refleksyjne, po które zawsze można sięgnąć. Nie zostawił nas bez swego doświadczenia. Dziękujemy mu za to.