Okruchy wspomnień. Zygmunt Mycielski i Czesław Miłosz.

Okruchy wspomnień. Zygmunt Mycielski i Czesław Miłosz


„14 X 1987 (…) Mycielski, mój przyjaciel też, ale daleki, tak jak mówi się, „daleki kuzyn”. Choć więcej niż tylko kolega. Pierwszy raz usłyszałem o nim w jesieni bodaj 1934 roku [było to w 1935 roku – przyp. AS], kiedy mieszkałem w domu stypendystów na Lamandzie, czyli rue Lamande, i znalazłem się w sali koncertowej, gdzie odbyło się prawykonanie jednej czy dwóch pieśni Mycielskiego [pięciu -  cykl pieśni weselnych – przyp. AS], wtedy ucznia Nadii Boulanger. Dotychczas pamiętam: „Tańcowała izba, stół /Cztery konie, piąty wół” – to ze Słowa o Jakubie Szeli Brunona Jasieńskiego. Żeby galicyjski hrabia akurat to wybrał… Później wiele godzin przegadaliśmy w Wilnie zimą 1935/1936. Następnie spotkania, głównie w Paryżu, i korespondencja, wreszcie moje odwiedzimy w Ojai w Kalifornii, dokąd przyjeżdżał na wakacje, żeby tam komponować. (…) Człowiek niezwykły, wspaniały przez swoje oderwanie, której to cechy nie spotkałem w tym stopniu u nikogo. Unosił się jakby obok siebie, przyglądając się pobłażliwie swoim przypadkom, tak jak pobłażliwie przyglądał się innym ludziom, historii swego stulecia, wojnie, zwykle pesymistyczny, co jednak nie przeszkadzało mu działać.
14 X cont.  Stoicyzm zalecał kiedyś zaangażowanie w sprawy ludzi, ale tak jakby się nie było zaangażowanym, czyli przyjętą z górny zgodę na niepomyślne wyroki losu. W Zygmuncie nie było nic ze stoika, chyba dlatego, że chłód i kamienność, które zwykle kojarzymy ze stoicyzmem, były mu obce. Wyobrażam sobie, że podobnych mędrców można spotkać chyba tylko wśród mistrzów buddyzmu Zen. Umiał być tutaj, przede mną, a równocześnie przebywał w innej krainie, skąd własne „ja” wydawało się maleńkie, jakby widziane przez odwrócony teleskop. Kiedy, choć z rzadka, opowiadał o swoim udziale w wojnie, można było wierzyć, że i wtedy, tak jak w jego opowieści, odczuwał to, co się z nim działo, jako komiczne. (…) Odgadywałem w nim przeżycie metafizyczne, które przeniosło go w górę, niemal w wymiar świętości. Kto wie, czy nie naprowadza na ten ślad jego ostatnia kompozycja „Liturgia sacra”?

   Czesław Miłosz  „Rok myśliwego”, Wyd. „Znak” Kraków 1991, s.83-84


Tak wspomina Zygmunta Mycielskiego Czesław Miłosz. Obu artystów łączyła szczera i głęboka przyjaźń. Miała ona swoje odniesienia do sztuki, różnych spraw tego świata, miała też charakter bardzo osobisty. Jak napisała Ewa Hałabuz w komunikacie na sesji naukowej poświęconej Z. Mycielskiemu 1 października 1994 r. w Zespole Szkół Muzycznych nr 1 w Rzeszowie, listy oddają „charakter stosunku Mycielskiego do Miłosza, przyjaźni pogłębionej intelektualnym podobieństwem, spójnością filozofii. Zygmunt Mycielski dzieli się z Miłoszem swymi poglądami estetycznymi, analizuje sytuację polityczną i społeczną w Polsce oraz przemiany polityczne w latach 80-tych. Erudycja historyczna i zrozumienie światowych realiów politycznych idzie tu w parze z zaangażowaniem Polaka – patrioty.”
Korespondencja między obu artystami, to 25 listów, w tym 2 kartki pocztowe i 2 listy do Adama Michnika, których kopie Z. Mycielski przesłał Cz. Miłoszowi. Korespondencja trwała blisko 30 lat, obejmuje lata 1957-1985. Największa ilość listów pochodzi z lat 1980-1985 (17 listów do Cz. Miłosza, 2 do A. Michnika). Większość z nich pisana była w Warszawie, ale także w Paryżu, Lichtensteinie, Ojai w Kalifornii. Na ich publikację zgodził się Cz. Miłosz, rodzina kompozytora, a także Biblioteka Uniwersytetu w Yale, USA, gdzie listy są zdeponowane.
W pozyskaniu tych listów bardzo pomogła redakcja rzeszowskiego pisma literacko-społecznego „Fraza”, a także muzykolog i pedagog muzyczny Ewa Hałabuz z Rzeszowa, dziś już nieżyjąca. Listy odczytała i opatrzyła przypisami Zofia Mycielska-Golik z Warszawy. Ukazały się one w rzeszowskim piśmie muzyczno-literackim „Kamerton” nr 3-4(28-29)1997, s.5-50. Przedstawiam poniżej pierwszy z tych listów. Sprzed ponad pół wieku.

EUROPA REVUE MENSUELLE
Warszawa, Al.  Jerozolimskie 37, tek. 822-81   8/X.57 Wwa


Kochany Czesławie,
daję ten list Janowi Mycielskiemu, który jest Drem matematyki i którego umysłowość powinna Cię zainteresować. Jest już znanym matematykiem z wielu drukowanych prac na całym świecie. To syn mego brata [Jana Zygmunta Mycielskiego z Wiśniowej – przyp. AS].
Z wielkim wzruszeniem słuchałem Twego listu do Jerzego Andrzejewskiego. Żal mi, żeśmy się tak mało widzieli. Ale to było wprost niemożliwe. Ledwie zipałem w Paryżu. Tu też, ale inaczej. Walczymy o to pisemko jak lwy. Może wyjdzie. Cenzura zlikwidowała wszystko o nim przed wyjściem co było: wywiad Jerzego Andrzejewskiego w telewizji, mój w radio, artykuł Karoliny Beylin w „Ekspresie Wieczornym”, notatkę w „Trybunie Ludu”. Dziś oddaliśmy numer do cenzury. Czy przejdzie? Pisma z 75 % niecenzurowanych rzeczy będą zamknięte/zawieszone. Czy Ty u nas przejdziesz? Kto to wie – z tym poziomem walki o coś…
Był u nas dziś Słonimski, w Krakowie chcę nawiązać kontakt z paru profesorami i środowiskiem „Tygodnika Powszechnego”. Ostatecznie, Henryk Krzeczkowski i ja to jedyni niepartyjni w redakcji – ja do tego, obok Jerzego Andrzejewskiego, Julka Żuławskiego i Henryka Krzeczkowskiego, jedyny nie-Żyd.
Jakie to wszystko trudne, gorące, zniechęcone; życie nasze tu, a wasze tam, nie ma nic wspólnego. Herling Grudziński nie ma racji, gdy w „Wiadomościach Londyńskich” pakuje do jednego garnka Iwaszkiewicza, Broniewskiego i Ważyka. Dziś nie chodzi już o to, kim kto BYŁ, ale zawsze kim kto jest. Jest naprawdę, czy z koniunktury? Ja zawsze mam tendencję dobrze myśleć o ludziach, wierzyć w ich szczery i prawdziwy stosunek – to nie ma nic wspólnego z moim „historycznym pesymizmem”, kasandrowością.
Twoich artykułów nawet przeczytać nie mogę. Każdy, kto ma, siedzi na numerach [paryskiej]  „Kultury” jak na złotych jajach. Tylko czerwcowy mam, od Waldorffa, bo do mnie nie przychodzą.
Jeżeli możecie, przyślijcie mi przez St. Kołodziejczyka (50 r. Jacob) VII, VIII, IX i X numer „Kultury”, Twoich rzeczy co ostatnie (mam tylko Zniewolony i tutejsze wydanie Ocalenia!) – (przyślij mi co z dedykacją!) – i co tam takiego Jeleński by mógł (Pamiętniki Gombrowicza na przykład).
Nic więcej nie mamy tu, jak to. Ryby na powietrzu oddychają. Dalej. Gdy myślę o Was, których widziałem trochę, dziwi mnie, jak mi się wydawało, że mało bierzecie udziału w tym, co tam (Francja, Anglia etc.) się dzieje – zdumiony, jak żyjecie tym, co tu… Może to mnie zafrapowało najbardziej.
Ściskam Cię, Czesławie Kochany, jesteś mi bliski w każdym słowie, w tylu wspomnieniach.
Twój Zygmunt M.
Polecam Ci Jana Mycielskiego gorąco, Tobie, Józiowi [Czapskiemu], Jeleńskiemu, Michałowskiemu…
W „Trybunie” pogróżki, że kto z nas drukuje u Was, to tu nie będzie mógł. Hej…
 
Jeszcze słowo komentarza. W 1957 roku grupa polskich intelektualistów starała się uzyskać zgodę na wydawanie miesięcznika „Europa”. Zespół tworzyli: Jerzy Andrzejewski –redaktor naczelny, Juliusz Żuławski – zastępca redaktora naczelnego, Paweł Hertz, Zygmunt Mycielski, Marek Hłasko i inni. Mieli już nawet lokal redakcyjny, jak widać z firmowego papieru. Pomimo ogłoszeń, że pismo ukaże się na rynku prasowym, po półrocznych staraniach, ostatecznie zapadła decyzja o zakazie wydawania pisma.
Marek Hłasko w swej książce pt. „Piękni dwudziestoletni” (Warszawa 1989) na s. 141 pisze: „W ostatnich miesiącach  mojego pobytu w Polsce zacząłem pracować w piśmie „Europa”; pismo to nie ukazało się nigdy. Zapowiadało się dobrze; naczelnym był Jerzy Andrzejewski; Jerzy był wtedy w świetnej formie. Innymi mymi kolegami redakcyjnymi byli: Julek Żuławski, Zygmunt Mycielski, Janusz Minkiewicz, Henryk Krzeczkowski; ja tam byłem od filmu. Zrobiliśmy pierwszy numer; numer był chyba dobry; ale w KC wyjaśniono nam, że partia nie widzi potrzeby wydawania na obecnym etapie pisma tego rodzaju jak „Europa”.
W moich zbiorach zachował się unikalny dokument – program koncertu Stowarzyszenia Młodych Muzyków Polaków w Paryżu w sali Ecole Normale de Musique w dniu 31 stycznia 1935 roku. Zygmunt Mycielski miał wtedy 28 lat i był uczniem Nadii Boulanger. W końcowej części koncertu Maria Modrakowska z towarzyszeniem fortepianowym Nadii Boulanger śpiewała „Pięć pieśni weselnych” Z. Mycielskiego. Było to pierwsze wykonanie tego utworu. Pieśni te, do słów Brunona Jasieńskiego, powstały w 1934 roku podczas pobytu Z. Mycielskiego w Ornianach, w majątku Michała Tyszkiewicza na Wileńszczyźnie. Są one ciekawym przykładem ludowej stylizacji w okresie przedwojennym.
Po wojnie „Pięć pieśni weselnych” Z. Mycielskiego na koncercie jubileuszowym Stowarzyszenia Młodych Muzyków Polaków w Paryżu śpiewała Anna Malewicz-Madej z towarzyszeniem fortepianowym Szabolcsa Esztényi. Pieśni wydało Polskie Wydawnictwo Muzyczne w Krakowie w 1989 roku w Antologii pt. „Muzyka Polska XIX i XX wieku”.
18 czerwca 1997 roku pieśni te śpiewała Jadwiga Teresa-Stępień – mezzosopran z towarzyszeniem przy fortepianie Waldemara Malickiego w sali kameralnej Państwowej Filharmonii im. A. Malawskiego w Rzeszowie. Słowo o muzyce – Andrzej Szypuła. Podczas koncertu fragmenty „Dzienników” i listów Z. Mycielskiego czytał świetny aktor Teatru im. W. Siemaszkowej w Rzeszowie Jacek Lecznar.