Odeszła Ewa Hałabuz
„Kiedy umiera człowiek, nie pozostaje po nim na tej ziemi nic, oprócz dobra, które uczynił innym.” To napis na grobie Jana Kiepury, jego autorstwa.
Przypomniała mi się ta głęboka w swej wymowie wypowiedź artysty, kiedy z wielkim żalem żegnaliśmy niedawno na rzeszowskim cmentarzu w Wilkowyi Ewę Hałabuz, świetnego muzykologa, pedagoga muzycznego, animatora kultury.
Odeszła za wcześnie. Stanowczo za wcześnie. Jej życie było wypełnione muzyką, ale także miłością do ludzi. Pomagała młodym w początkach ich trudnej kariery muzycznej, pisała kompetentne programy koncertów w Rzeszowskiej Filharmonii, grała na skrzypcach, śpiewała w chórze. To tylko niektóre z jej życiowych pasji - muzycznych, społecznych, otwartych na ludzkie przeżywanie świata – w szczególnej perspektywie, bo w perspektywie sztuki, czy też, jak by powiedział prof. Szuman „w zwierciadle sztuki.”
Będąc w Stanach Zjednoczonych, nawiązała kontakt z Czesławem Miłoszem, który wyraził zgodę na publikację listów Zygmunta Mycielskiego do niego. W moim domowym archiwum zachowała się korespondencja w tej sprawie. A listy, o których mowa, dzięki staraniom i uprzejmości Ewy Hałabuz, zostały opublikowane w „Kamertonie” nr 28-29 z 1997 roku.
Droga Ewo, bardzo Ci dziękuję, że byłaś, że zapalałaś nas swoją pasją do muzyki, że taj pięknie i kompetentnie potrafiłaś o niej mówić, pisać, grać i śpiewać, że pomagałaś nam wszystkim spełniać nasze artystyczne, pedagogiczne i wychowawcze powołanie.
Tam, do nieba, gdzie na pewno jesteś, ślę Ci fragment wiersza Zygmunta Mycielskiego do Czesława Miłosza, ocalonego, jak te listy, dzięki Twej życzliwej pomocy, dla polskiej, europejskiej i światowej kultury.
Czesławie,
Chciałbyś, żeby krystalicznie rzeźbiło Cię życie,
żeby u Twoich powiek „zaistniało czarownie”.
Czy słyszysz kroki szybkie, których się bałeś,
kroki, co są jak wołanie o zmroku,
wołanie w ciszę, któremu odpowie
Milczenie i Ocalenie?
Droga Ewo, spoczywaj w pokoju. I pamiętaj o nas, gdy przyjdzie czas…






