Irlandzkie impresje

Harfa jest symbolem Irlandii. Byłem tam podczas ostatnich Świąt Bożego Narodzenia. Król Dawid grał na harfie psalmy dobremu Bogu. My wszyscy, codziennie życiem swoim śpiewamy i gramy chwałę Panu. Tak, jak umiemy. Czasami równo i wdzięcznie, czasami trochę koślawo… Ale taka już ludzka natura.
U Irlandczyków podziwiam spokój, opanowanie, kulturę osobistą. Wszystko bez egzaltacji i przesady. Nikt nigdzie nie pcha się pierwszy, jeden ustępuje drugiemu i wszyscy na tym korzystają. Do kościoła w niedzielę przychodzą na ogół w codziennych strojach, czytają skromną gazetkę z omówieniem liturgii, wiadomości bieżące, biorą książki z psalmami i modlitwami, oddając po nabożeństwie.
W Clonmel, przemysłowym mieście na południu Irlandii, gdzie gościliśmy u córki Agnieszki, jej męża Andrzeja i najcudowniejszej na świecie wnuczki Amelki, jest duży kościół katolicki pw. Św. Piotra i Pawła mieszczący blisko 1000 osób. Wspaniałe rzeźby, obrazy, artystyczne zwieńczenia łuków architektonicznych, bez zbędnego zdobnictwa, skromny wystrój, sprzyjają skupieniu i modlitwie.
Nastroju świątyni nie burzy nawet akwarium z pięknymi, kolorowymi rybkami w bocznym lewym ołtarzu, każącymi zastanowić się nad celem i sensem nieustannego brylowania wśród niespokojnych raf, koralowych kolonii, muszli i kamieni.. A przy prawym ołtarzu – Betlejemski Żłóbek z Jasną Panienką i Św. Józefem, Królami, Pasterzami, owcami, baranami i osłami. Jak w życiu…
W pierwszym dniu Świąt Bożego Narodzenia o godz.15.00 we wspomnianym kościele miała miejsce długo zapowiadana Msza Święta Polska. Byłem zdumiony świetną organizacją tego nabożeństwa ze strony Polaków, głównie pracującej tam młodzieży, licznym udziałem w nabożeństwie (pełny kościół!). Rozrzuceni w promieniu kilkuset kilometrów potrafili się pozbierać, wzajemnie zawiadomić, przygotować śpiewy, wydrukować kolędy, teksty czytań, psalmu, a nawet przywieźć księdza z odległości blisko 100 kilometrów.
Zorganizowali nawet organistę, by kolędy brzmiały pięknie i mocno, czyli moją skromną osobę… Bo w poprzednich latach grały tylko gitary… Organy bardzo dobre, nowoczesne, pięknie brzmiące. Jest tam także irlandzki chór mieszany kilkunastoosobowy, śpiewający przy szczególnie uroczystych okazjach. Skład chóru wydrukowany jest w każdym numerze gazetki parafialnej.
Nikomu do głowy nie przychodzi wyśmiewać kogokolwiek czy plotkować gdziekolwiek na jakikolwiek temat. Szkoda czasu! Trzeba pracować, zarabiać, spłacać kolejne raty za mieszkanie, dom, samochód, wychować dzieci… A w wolnych chwilach pojechać na wycieczkę nad ocean czy polecieć samolotem na Karaiby. Ludzie nie znający się na co dzień pozdrawiają się na ulicy, z uśmiechem i szacunkiem, co i ja czyniłem.
Co z nami, Polakami, jest? Tam, na obczyźnie, potrafimy się szanować, wspierać, pomagać sobie nawzajem, organizować się, a w Ojczyźnie – ani rusz! O co tu chodzi?
Podczas ostatniego pobytu w Clonmel zwiedziliśmy okolicę, gdzie jeszcze, nawet w zimie! - pasą się krowy, kwitną kwiaty i krzewy, ale nade wszystko, na szczytach wzgórz porośniętych brunatnozieloną kosodrzewiną, wędrują całe stada irlandzkich owiec, doglądane przez troskliwych pasterzy jeżdżących na czterokołowych małych, ruchliwych pojazdach. Bo zimy tam na ogół nie ma, a śnieg jest atrakcją niespotykaną.
Można by powiedzieć, że Irlandia jest krajem szarego dnia – w sensie mentalnym, zewnętrznego wyglądu, zachowań. Ale to tylko pozory. Każde wzajemne spotkanie drugiej istoty ludzkiej, takie odniosłem wrażenie, jest swoistym rytuałem, podczas którego należy okazać drugiemu człowiekowi, choćby prostym skinieniem głowy, szacunek, zrozumienie i poczucie jedności w codziennym pielgrzymowaniu, codziennym trudzie, próbie zrozumienia sensu myślenia, działania, modlitwy, szukania wspólnej drogi. Może o takiej Europie myślał Jan Paweł II, upatrując w niej wspólnotę ducha, wielowiekowej tradycji wiary i kultury?
Wygodnym boeingiem, wśród kłębiastych chmur i błysków słońca, wracaliśmy w domowe pielesze. Bo wszędzie dobrze, a w domu najlepiej!