Artysta niezapomniany. Wspomnienie o Andrzeju Hiolskim

Gdyby żył, miałby dziś 90 lat. Urodził się 1 stycznia 1922 roku we Lwowie, zmarł 26 lutego 2000 roku w Krakowie. Pamiętam jego ostatni występ w Rzeszowie, z kolędami, w Rzeszowskiej Filharmonii w styczniu 2000 roku, na kilka tygodni przed śmiercią, wraz z zespołem „Ars Nova” pod kierunkiem Jacka Urbaniaka. Już wtedy nie czuł się najlepiej, ale rzeszowska publiczność zgotowała mu taką owację, iż był bardzo wzruszony, podniesiony na duchu i zadowolony z występu.

Bywają artyści, odtwórcy i interpretatorzy tej miary, co Andrzej Hiolski, którzy wnoszą do kultury muzycznej niezwykły, ożywczy strumień wrażeń, doznań estetycznych zdumiewających głębią wyrazu, których jakby w zapisie nutowym często nie widać, a przecież są, przejmują do granic artystycznego wyrazu, wewnętrznego wzruszenia...

Jeszcze początkiem lutego 2000 roku spotkałem Andrzeja Hiolskiego w bardzo dobrej kondycji w pociągu ekspresowym relacji Warszawa – Kraków, gdzie gawędziliśmy w miłej atmosferze. Była to także rozmowa o ważkich sprawach – o wartościowaniu w sztuce, o prefesjonalizmie, o współczesnych zjawiskach w kulturze polskiej i światowej, o świetnym poziomie naszej rzeszowskiej orkiestry, wreszcie o gustach i zamiłowaniach, także pozamuzycznych artysty, człowieka niezwykle otwartego i życzliwego ludziom.

W 1991 roku śpiewał w Rzeszowskiej Filharmonii pieśni Mieczysława Karłowicza. Poprosiłem go wtedy o wywiad dla „Kamertonu”. Rozmawialiśmy o Teatrze Wielkim, o jego rodzinnym Lwowie, o Psalmach Zygmunta Mycielskiego, z których tego trzeciego, z chórem i orkiestrą, jeszcze nie zaśpiewał, wreszcie o kwiatach, których pełno było wtedy w Filharmonii, a których nie ma kto w jego domu pielęgnować, bo go ciągle nie ma...

Repertuar operowy, oratoryjny, kantatowy, także współczesny – Pasja wg Św. Łukasza, „Diabły z Loudun” Krzysztofa Pendereckiego, liryka wokalna – Karłowicz, Moniuszko, Chopin - niezwykła była ta wszechstronność artysty, urzekającego zawsze sugestywną, miękką, aksamitną barwą głosu, frazą nasyconą tajemnymi alikwotami, głębiami, nastrojami...

A wszystko zaczęło się we Lwowie, gdzie uczył się śpiewu pod kierunkiem Oleskiej i Didura. W Starym Teatrze w Krakowie uczył się gry aktorskiej. Potem, w latach 1945-1956, był solistą Państwowej Opery Śląskiej, a od 1957 roku osiadł na stałe w Teatrze Wielkim w Warszawie. Czyż mogła być wspanialej zagrana rola Miecznika w „Strasznym Dworze” Stanisława Moniuszki, niż właśnie w jego wykonaniu?

Dobrze, że pozostały nagrania. Są dokonania w kulturze polskiej, które na zawsze należy otoczyć czcią i szacunkiem. Do nich należy cała wieloletnia działalność artystyczna Andrzeja Hiolskiego.